PO WIĘCEJ ZAPRASZAM DO
Przepis na życie we dwoje
Spis treści
I gra wstępna
II to co najważniejsze
III europejskie inspiracje
IV deser
Cz I
Gra wstępna
Bhadźi z groszku, kartofli, pomidorów
4 średnie kartofle
3 małe pomidory
zielony groszek – pół szklanki
bakłażan – opcjonalnie – 1 mały
cebula – 1 średnia
sól – 1 łyżeczka
czerwony pieprz chili – 1/3 łyżeczki
kurkuma– ¼ łyżeczki
kolendra– szczypta
zielone papryczki ostre – 2 posiekane w plasterki
1
Jak to się stało że ja, Polka, znalazłam się w Amsterdamie, to historia zbyt długa. Ważne jest to, że tego właśnie marcowego ranka wjechałam do miasta, pokrojonego siecią kanałów na wielokąty lądu. Dotarłam tam pociągiem międzymiastowym, nowoczesnym, nie tak superszybkim jak francuski „train rapide”, a jednak dalece lepszym od naszych polskich, zbiedniałych ekspresów.
Przyjeżdżałam z północy lądu, z prowincji, gdzie zakupił mi bilet i pożegnał mnie przyjaciel Holender. Niemo zazdrościł mi mojego wypadu do stolicy. Tam cisza i spokój. Nuda. Przestrzeń pól uprawnych jak okiem sięgnąć i ani skrawka niezagospodarowanej albo zabałaganionej płaszczyzny zieleni. Tu gwar i ruch za sprawą turystów i stoliczan. Wielu z nich, spokojniejszych i dystyngowanych, porzucało samochody dla rowerów. Tak zdrowiej i ciszej – słyszałam komentarze przyjezdnych. – A dynamika i fascynujący niepokój miasta nie znikał.
Z dworca z mapą i przewodnikiem w ręku, pieszo, udałam się na poszukiwanie jednego z owych tanich schronisk niedaleko dzielnicy czerwonych świateł. Od terytorium tego dzieliło schronisko jedynie kilka przecznic. Co istotniejsze jednak, od kawiarenki internetowej dzieliła mnie tylko jedna, jedna, powtarzam, szerokość ulicy.
Lało. Amsterdam przywitał mnie zdradliwie łagodnie – słońcem. Po kilku godzinach jednak jakby niebo się oberwało. Włóczyłam się po mieście z zaciśniętymi ze złości zębami. Błądziłam w labiryncie kanałów, gubiłam ślad. Odnajdowałam się mozolnie z pomocą piegowatego od kropli wody przewodnika. Amsterdam jest podobno logicznym w swej strukturze miastem. Może więc za krótko studiowałam mapę, a moja nędzna orientacja w terenie ze względu na pogodę zupełnie zawiodła. Zmęczona i zniechęcona wróciłam o zmierzchu do schroniska. Modliłam się o dobrą pogodę następnego dnia. Za tydzień przecież kończył się mój urlop. Tymczasem postanowiłam wziąć prysznic, coś przekąsić i skoczyć do kawiarenki po drugiej stronie ulicy.
Tłum. Wszyscy wpadli na ten sam pomysł tego deszczowego popołudnia. Dostałam bilecik i zaczęło się oczekiwanie w kolejce do komputera. Zdążyłam zamówić kawę przy barze – tylko tam było miejsce siedzące – gdy podszedł młody mężczyzna i zapytał o pozwolenie zajęcia sąsiedniego stołka. Skinęłam głową i uśmiechnęłam się.
– To bar dla wszystkich – Czułam, że za chwile zagai, zastanawiałam się tylko, czy uznał mój uśmieszek za obelgę czy zachętę. Pierwsze pytanie – zagadka, dla przełamania lodów.
– Czy domyślasz się skąd pochodzę?
– Peru? – zaczęłam zgadywać.
Źle. Dowiodłam jedynie mojej nikłej znajomości świata, kultur i ras. Okazało się, że jest z Pakistanu. Wiedziałam gdzie leży Pakistan, mogłam w głowie nakreślić linie granic, choć z mozołem próbowałam z dna pamięci wydobyć nazwę stolicy lub jednej z metropolii. Przyszedł mi z pomocą, podając nazwę miasta, w którym mieszkał. Karachi. Nad Oceanem Indyjskim, po zachodniej stronie półwyspu.
Przyglądałam mu się spod oka. Do jakiej rasy należał? Gdy ostatecznie rozwiązałam problem w głowie na korzyść żółtej, doszedł mnie jego głos
– Są i w południowych Indiach i Pakistanie ludzie zdecydowanie czarni, bardzo ciemni – znów więc zwątpiłam – A więc nie żółta? – Jak wiele lekcji geografii musiałam przespać, aby mieć teraz tak wielką białą plamę niewiedzy. Było mi wstyd. Czyżby rzeczywiście Europejczycy byli do tego stopnia zainteresowani samymi sobą i własną kulturą, że jedynie nielicznych korci, aby spojrzeć na drugą stronę półkuli? Ja chciałam tam jednak zajrzeć. I brawo! Nareszcie coś się działo. Akcja zawiązała się ciekawie, zaczynałam poznawać świat i ludzi, ja, zapyziała, o jasnych oczach blondynka, Polka z warszawskiej prowincji, panna Anna.
Bałam się. Pakistanczyk wyglądał jednak przyjacielsko. Rozmowa toczyła się spokojnie, bez agresji i bez ekscytacji. Odrobinę rezerwy czy nieśmiałości z jego strony. Doszedł nas głos kelnera. Wzywano mnie do sali komputerowej na półpiętrze. Moją uwagę w pełni pochłonęły nie czytane od kilku dni emaile. Po chwili jednak poczułam dotyk na ramieniu. Farid wskazał mi miejsce gdzie stał przeznaczony dla niego komputer. – Okej! – Odwróciłam głowę, nie chcąc tracić moich piętnastu minut na zbędną rozmowę. Mój czas szybko się skończył. Podeszłam do jego stolika. Oszołomiła mnie szybkość, z jaką potrafił pisać po angielsku na komputerze. Nie korzystał z własnego języka. Dlaczego? Nie przyszło mi wówczas do głowy to pytanie, które potem wielokrotnie sobie zadawalam. – Jak to jest, wyrzec się dobrowolnie własnego języka, używać oficjalnego angielskiego w każdej niemal, najbardziej prozaicznej sytuacji?
Stałam przy nim kilka minut zanim mnie zauważył. Nie zdałam sobie sprawy, że po prostu nie usłyszał, kiedy podeszłam, tak zajęty był tym, co działo się na ekranie, piramidą listów, na które jednocześnie odpowiadał, i kolejką stron internetowych, które jednocześnie otwierał i z prędkością światła zamykał. Skróty klawiaturowe. Klawisze funkcyjne. Dziwne kombinacje kabli, słuchawek i mikrofonów, które zdawały się być nieodzownym elementem operacji obsługiwania komputera. Byłam pod wrażeniem. Moja znajomość komputera nie wykraczała wówczas poza normę przeciętnego młodego człowieka, który miał za sobą pracę magisterską, czyli ten jedyny znany Word, edytor dokumentów, jakiśtam program typu messenger i jakiśtam serwis poczty elektronicznej.
Dostrzegł mnie w końcu. Z niewiadomego powodu czekałam, aż mnie zauważy, zamiast zwrócić na siebie uwagę. Może nie chciałam być natrętna. Ponadto zdecydowanie hipnotyzowały mnie jego migające po klawiaturze, ciemne palce i migający jeszcze szybciej ekran.
Zaproponował spacer. Zdziwiona, odruchowo podniosłam brwi – lało przecież niemiłosiernie.
-
Może przestało wreszcie padać, sprawdziłem pogodę. Zapowiadali jej poprawienie pod wieczór – potakiwałam biernie głową jak niema Syrenka. – Czy mogłabyś poczekać jeszcze chwilę? – przestępowałam po raz kolejny z nogi na nogę.
– Oczywiście. – za moment żałowałam jednak obiecanej „chwili”, która okazała się pod względem długości w czasie bliska godzinie. Wyciągnęłam przewodnik, odrobinę już zużyty i wygięty dziwacznie od wilgoci, i zagłębiłam się w jego studiowaniu.
Spacer. Niebo istotnie rozchmurzyło się, jakby na specjalne zamówienie Farida. Zapadał jednak zmrok, i nie można było rozeznać, czy chmury deszczowe wciąż grożą. Groziły. Zaczęło znów kapać. Ale delikatniej. Włóczyliśmy się razem po mieście, przekonałam się, że jest to przyjemniejsze, niż samotność. Mniejszą niż dawniej uwagę zwracałam na urodę miasta. Dotarliśmy aż do zakątka kawiarni jazzowych, które nie wzbudziły jego zainteresowania. Zrozumiałam, że nie znajdziemy wspólnego języka w dziedzinie muzyki, nie jeszcze wiedziałam jednak jak silny związek miało to z jego wiarą i światopoglądem.
Przeszliśmy w okolice uniwersytetu. Kamienice na brzegu niektórych kanałów – całkowicie nieoświetlone. Dzielnica czerwonych świateł i panie półnagie, stojące cierpliwie w oknach, zabarwionych na różowo ukrytymi światłami, dla ułowienia klienta. Co za egzotyka dla młodej Polki katoliczki! Ten liberalny świat zamiast jednak fascynować, nudził. Nie wzbudzały mojej ciekawości ani ekskluzywne domy rozkoszy, ani coffee shopy, gdzie można legalnie skosztować miękkich narkotyków.
Zdecydowaliśmy się w końcu na neutralną, klasyczną w stylu, przytulną kawiarenkę, bez muzyki na żywo. Niemal pusto. Niedługo wybić miała północ. Zamówiłam kawę z mlekiem. On również. Dużo później zrozumiałam, że dokuczać musiał mu ból głowy. Tylko w takich chwilach zwykł pić kawę. Nieoczekiwanie wyciągnął nogi na stojącym naprzeciw nas krześle. Białe grube skarpetki – serce mi krwawiło. Dlaczego nie zapytałam go wcześniej o to, co robi w życiu, z czego się utrzymuje? Potwierdziłby się o kilka godzin wcześniej znany stereotyp, że technicy komputerowi nie zwykli dbać o dobry gust i stosowność odzienia. Wygoda to ich idea naczelna. To był cały on. Obraz więc malował się następująco – mężczyzna średniego wzrostu, Indus, ale nie Hindus, muzułmanin z Pakistanu, śniady, ale nie żółty, o skórze ogorzałej i opalonej, ciemnych oczach, długich rzęsach i wydatnych ustach. To była kwintesencja tego, co całkowicie subiektywnie nazywałam byciem mężczyzną przystojnym.
On tymczasem wyciągnął się wygodnie, oparł głowę na moim ramieniu zdawkowo tłumacząc jedynie, że przyleciał tego ranka z USA. Kilkanaście godzin podróży. Różnica czasu. W jego czarnym, ładnym garniturze, białych skarpetkach, szarym płaszczu z naturalnej wełny – skarżył się, że „gryzie” i ociera mu skórę szyi – sprawiał wrażenie rozczulające. Wciąż jednak broniłam się przed jego, uporczywie spadającą na moje ramię, głową.
-
W porządku, nie spałeś entą ilość godzin, lecz poznaliśmy się dzisiaj, nic o mnie wiesz. Czy możemy zachować dystans?
-
I owszem – skinął głowa, a ta po chwili i tak opadła na moje ramię.
-
Chodźmy już, jest późno. Chodźmy do schroniska.
-
Tak, ale wiesz co? Może wybrałabyś się ze mną jutro w podroż po Holandii. Będzie pięknie, zapewniam. – byłam zaskoczona
-
Podroż pociągiem?
-
Wynajmę samochód – przyłapał mój niedowierzający wzrok – żachnął się i roześmiał
-
Jutro będę pod twoim schroniskiem o dziewiątej. Pójdziemy razem wynająć wóz. Możesz wybrac model.
-
Nie znam się na samochodach – ucięłam, niepewna czy powinnam zakończyć tę znajomość czy zdać się na los.
Farid odprowadził mnie pod samo schronisko. Był środek nocy. Wiedziałam, że będzie musiał przewędrować pół miasta w drugą stronę, aby dotrzeć do swojego lokum. Dlaczego właściwie mieszkał w schronisku? Ten garnitur i to auto z wypożyczalni! Cóż, może to, co mi wydawało się niezwykłe i dziwaczne, dla obieżyświata było codziennością. Pociągała mnie przyszłość pełna niespodzianek, to, co mogło się wydarzyć w jego towarzystwie.
Tej nocy na pożegnanie dostałam różę, którą kupił od samotnego sklepikarza, nocnego marka.
Następnego dnia rozpoczął się niezapomniany tydzień. Wspaniała podróż, w czasie której dotarliśmy aż do granic Belgii, przedsmak wielkiej podróży, która czekać mnie miała już niedługo.
– Europa jest tak mała – mówił i, aby to udowodnić, w drodze powrotnej w kilkanaście godzin próbował dotrzeć do granic Amsterdamu. Niemal uciekł mi sprzed nosa mój autobus do Polski. On przebukować musiał bilet na późniejszy lot, dwa dni po moim odjeździe.
To, co myślałam na jego temat w momencie pierwszego naszego spotkania zupełnie nie pokrywało się z tym, co wiedziałam pod koniec naszej podroży. Pakistanczyk o ciemnych oczach ujawnił swoją naturę czarującego mężczyzny, dowcipnego i inteligentnego, z którym nie mogłam rozmawiać o muzyce poważnej i jazzie, ale który mimo wszystko intrygował mnie i pociągał.
Droga Anno
Odpowiadając na twoje zapytanie odnośnie kuchni pakistańskiej, muszę powiedzieć, że niestety nie jestem koneserem w tej dziedzinie. Moja matka byłaby właściwą i godną polecenia znawczynią kuchni pakistańskiej. Niestety żadną miarą nie umiem wyobrazić sobie jej ślącej ci przepisy i porady droga emailową. Jestem obecnie w Stanach i wiesz, nawet w tym przypadku trudno mi jest nakłonić ją, by siadła przy komputerze i porozmawiała ze mną. Messengery są wciąż dla niej zmorą i jestem pewien, że śnią jej się po nocach. Ech, żal mówić.
Jest jednak ktoś, kogo chciałbym polecić. Podaję ci adres emailowy Mariam – msmariam@yahoo.com. To moja kuzynka, Pakistanka. Znajdziecie wspólny język. W tym samym jesteście wieku. Życzę powodzenia. A dziś Mariam zdecydowała się przesłać ci ten oto pierwszy przepis, który ja tu wiernie ze słuchawką przy uchu dla ciebie zapisywałem. Doceń wysiłek leniwego mężczyzny!
To jest potrawa warzywna. Zwiemy ja w Pakistanie bhadźi z groszku, pomidorów i kartofli, z dodatkiem pakistańskich przypraw. Mariam podpowiada, że potrzebujesz poniższe składniki:
-
Cztery średnie kartofle. Lepiej jasne, żółte, czerwone będą zbyt słodkie
-
Trzy małe pomidory – Mariam kupuje jedynie owalne, zwane sałatkowymi, o dość twardej skórze, ja jednak nie sądzę, aby to miało znaczenie.
-
Pół szklanki zielonego mrożonego groszku
-
Jeden mały bakłażan
-
Jedna średnia cebula.
Co do przypraw, potrzebujesz:
-
jedną łyżeczkę soli,
-
jedną trzecią łyżeczki czerwonego pieprzu chili. Nie kupuj jednak pieprzu kajeńskiego tylko czerwony pieprz chili. Znajdziesz go w sklepach z orientalnymi produktami. Szukaj oryginalnych, indyjskich.
-
Kolejna przyprawa to jedna czwarta łyżeczki kurkumy, inaczej szafranu indyjskiego. Ma piękny żółty kolor. Nie można w sklepie przeoczyć.
-
A na koniec garść zielonej, świeżej kolendry, ewentualnie może być natka pietruszki, i dwie maleńkie, zielone papryczki, posiekane w plasterki.
Całość będzie ostra. Przygotuj szklankę wody i tabliczkę czekolady na pierwsze testowanie smaku. Nie zmniejszaj jednak ilości przypraw. Potrawa może zmienić, co mówię, stracić, właściwy smak!
Gdy zgromadzisz składniki, usmaż cebulę na złoto, do niej dodaj wszystko z wyjątkiem kolendry, czyli – kartofle pokrojone w czworo, pomidory pokrojone w kostkę, zielony groszek – niepokrojony, bakłażan pokrojony drobno, oraz wszystkie przyprawy. Smaż na średnim lub małym ogniu. Gdy wszystko zmięknie i woda wyparuje, posyp po wierzchu kolendrą, podawaj z roti. Czy to nie proste? Może sam zacznę gotować. Mariam ma jeszcze w zanadrzu przepis na roti. To nasz odpowiednik chleba. To mączne placki, smażone na wielkiej płaskiej bez brzegów patelni, zwanej ata. Podczas posiłku urywasz kawałek placka i posługując się nim jak małą łyżką sprawnie nabierasz warzywa w rożek. Jestem pewien, że sobie poradzisz, trzymaj jednak widelec w pogotowiu, moja kochana Europejko.
Aby zrobić roti, przygotuj ciasto, dodając odpowiednią ilość letniej wody do szklanki nieoczyszczonej, pełnoziarnistej, pszennej mąki indyjskiej – mąki chapatti. Wyrabiając ciasto ręką, w misce, wygniatasz je dłonią złożoną w pięść. Potem bierzesz małe kawałki ciasta, kształtujesz kulki, rozgniatasz na mały placek, obtaczasz w mące, wałkujesz na cienkie placki, odpowiednie do wielkości patelni. Zwykle mają one średnicę dziesięciu centymetrów i cienkie są na 3 milimetry. Smaż każde roti bez oleju na przygotowanej patelni. Kawałkiem płótna lub ścierki dociskaj roti do patelni, powinno się „nadmuchiwać”. Dociskaj brzegi tak, aby nie tworzyć zakalców z niedosmażonego na brzegach ciasta. Uważaj, żeby się nie przypaliło. Smaż na obie strony. Sama uznasz, kiedy jest gotowe. Roti powinno być wypieczone, lecz bez przypaleń.
Wierze, że ci będzie smakowało. Mi już ślina zbiera się w ustach i mam nadzieje, że kiedyś będę mógł spróbować twoich gotowanych i smażonych cudów!
Pozdrawiam i całuję
Farid
PO PEŁNE WERSJE MOICH KSIĄŻEK ZAPRASZAM SERDECZNIE DO SKLEPU
