Chcesz otrzymać prezent?

Up for a gift?

Zapisz się do newslettera!
Subscribe!

    * Sprawdź na co się zgadzasz (Privacy policy)

    WIĘCEJ TU

    Asif

    1.

    Fotele na lotnisku w Heathrow były szalenie wygodne, wygięte odpowiednio do ciała ludzkiego, niby leżanki, wyściełane miękkim, ciemnoniebieskim materiałem. Gdyby nie chłód przestronnego pomieszczenia Anna byłaby zasnęła w kilka sekund. O dwa fotele dalej w przy samej szybie która oddzielała od przejścia do drugiej hali odpoczywał starszy mężczyzna, poza nim ani w pierwszym ani w drugim rzędzie nie było nikogo. Cisza i spokój. Czasami chrapanie młodzieńca o długich nogach, który wyciągnął się tuż za nią. Powieki opadały ze zmęczenia, powstrzymywała się jeszcze chwilę siłą woli przed zaśnięciem, ale sen był silniejszy. Śniła przez kilka sekund. Kilka sekund wystarczyło aby przyśnic ten dziwaczny sen, którego nie mogła później zapomniec. Za nic. To dziwne. Sny przecież zapomina się tak szybko. Ale nie ten.

    Usnęła znów. A przecież przysiadła tu jedynie na chwilę. W oczekiwaniu na niego. Przecież nie chciała już spać i śnić dalszego ciągu tego snu o makabrycznie snujących się wątkach z nią w roli głównej, w roli czarnego charakteru. Znów obudziła się wraz z głośniejszym chrapnięciem mężczyzny śpiącego na leżance za nią. Przykryła się kurtką po sam nos i zaczęła uważnie obserwowac przesuwające się leniwie po pasach startowych samoloty różnych linii lotniczych. Najbliżej szyby British Airways właśnie przyjmował pasażerów na pokład. Szeroki rękaw korytarza szczelnie przylegał do ściany samolotu. Obserwowała nie licząc minut. W pewnym momencie, spanikowana spojrzała na zegarek w komórce. Jeszcze dwadzieścia minut do umówionego spotkania z Faridem. Zawsze była za wcześnie. Nie znosiła się spóźniac i nie tolerowała spóźnialskich. Zawsze wolała byćł godziny wcześniej – w razie nieprzewidzianych okoliczności, tłoku na drodze, zmiany planu odlotów. Mieli oboje całkowicie różne podejście do czasu. On wyluzowany, zawsze wkraczał na peron, wskakiwał do autobusu, przybiegał do bramki lotniczej w ostatniej chwili. Ona nie znosiła stresu przed podróżą, pośpiechu i obaw o spóźnienie, o utratę połączenia. Na szczęście od kilku lat już podróże odbywali niezależnie od siebie. Jeśli zdarzyło się, że podróżowali razem, każde z nich, zabiegane, zajęte własnymi sprawami, przybywało na spotkanie przed podróżą samodzielnie. Pamiętała jednak te lata na początku ich związku, gdy wolała podróżować w jego towarzystwie. On rezerwował loty i kupował bilety online. W ostatniej chwili. Jego system sprawdzał się, był efektywny. Ceny biletów przez niego zakupionych zawsze były niższe od tych, które ona zdołała wyszukać online. Poddała się w końcu. Do dziś on kupował bilety. Jeden email z prosbą i dokładnymi datami. Nie zdarzyło się, aby zapomniał. Wiedziała, że może na niego liczyć.

    A jednak podróżowanie niezależne było zdrowsze. Przyniosło odpreżenie i spokój umysłu obojgu. Choc Anna nie mogła początkowo pogodzić się z myślą o samotności przed i w trakcie podróży, Farid nie mógł przełknąć myśli o jej samotnych wypadach i niezależności, o wszystkich tych przystojnych podróżujących flirciarzach, których znał jak nikt. Czyż nie należał do tego samego rodzaju – podróżnych uwodzicieli – jak mówiła?

    Podniosła się. W oddali usłyszała głos kobiecy zapowiadający otwarcie bramki dla lotu do Nowego Jorku. A jego jeszcze nie było. Nie zdążą się zapewne nawet wspólnie napić herbaty. Anna założyła lekki płaszczyk, mały zgrabny plecaczek który zastępował jej torebkę – nawyk od lat, który wpoiła sobie pod wpływem rady jej ulubionego „lekarza od kości”. Wciąż słyszała jego uwagi – proszę nie nosić nic na jednym ramieniu. Proszę nosić podkładkę pod prawą stopą. Nie jest pani przecież już dzieckiem. Ile razy można panią strofować, pani Anno!

    Skierowała się nieco ociężale w kierunku małej kafejki Nescafe tuż obok sali z wygodnymi leżankami. Lotnisko Heathrow było jej ulubionym. Znała je jak własną kieszeń, dziś jednak czuła się trochę zdezorientowana i zagubiona. Gdy usadowiła się już przy jednym ze stolików, zamówiła kawę z mlekiem, bez cukru, zdała sobie sprawę, że nie ma apaszki. Musiała zostać na leżance. Wróciłą po nią, pozostawiając na krześle płaszczyk, walizkę na kółkach, torebkę zaś wzięła z sobą. Jest! – odetchnęła z ulgą. Cienka jedwabna wiśniowa apaszka zsunęłą się pod siedzenie. Wracając do stolika i stygnącej kawy Anna dostrzegła już z odległości kilku kroków machajacego do niej i uśmiechającego się Farida, który stał przy ladzie zamawiając z pewnością chai, herbatę z mlekiem.

    – Witaj kochanie. Źle wyglądasz. Coś nie tak? – przywitał ją delikatnie dotykając jej dłoni. Nigdy nie przyzwyczaiła się do jego azjatyckiej natury i nawyków, które nie pozwalały mu na wyrażenie czułości wśród obcych. Jej, Polce, która już kilkanaście lat temu przeniosła się do Anglii, przyzwyczajonej do otwartej i przyjaznej kultury europejskiej brakowało pocałunków na powitanie, tych intymnych dotknięć policzka i zapachu jego dezodorantu i after shave, blisko, tuż przy jej twarzy, włosach, ciele. Brytyjskie maniery były jej wciąż obce, podobnie jak muzułmański, zdystansowany i chłodny styl bycia, który wyraźnie zaznaczał odmienność płci. To, co akceptowała w środowisku muzułmańskim Pakistanu i krajów arabskich, tego nie potrafiła przyjąć w otoczeniu europejskim. Przeszkadzała jej ta dwulicowość, ta hipokryzja, ta gra, którą grała jako Europejka, żona muzułmanina. A przecież tyle lat już minęło i przyzwyczaiła się do kompromisów, do tajemnic i układów. Akceptowała życie takim jakie jest, nie miała złudzeń. Już nie. Marzeń też już nie miała. Tylko sny.

    en_USEnglish