Chcesz otrzymać prezent?

Up for a gift?

Zapisz się do newslettera!
Subscribe!

    * Sprawdź na co się zgadzasz (Privacy policy)

    CAŁOŚĆ  TU

     

    WIĘCEJ TU 

    dom



     

    prolog

     

     

    Przyjechałam tu, aby się
    osiedlić. Aby zamieszkać z mężczyzną, o którego zabiegałam od lat. Moje myśli
    najchętniej biegły więc w stronę naszego przyszłego domu. Jak go urządzę, jaki
    będzie miał wystrój ten apartament, w którym mieliśmy nazajutrz z Nadirem
    zamieszkać? Myślałam też nieustatnnie i obsesyjnie o naszym nikah, muzułmańskim
    ślubie. Nie mogłam się doczekać tej chwili. Byłam szczęśliwa.

     

     

     

     

     



    dom

     

     

     

     

     

    1

     

     

    Urodziłam się. Nie jestem
    jednak pewna, jaki był początek mnie samej, początek mojego życia. Nie mogę być
    pewna prawdziwości opowieści, którymi dzieliła się ze mną matka. Nie tak dawno
    jeszcze, gdy ja, w wieku lat trzydziestu zdobyłam się wreszcie na odwagę, aby
    zadać jej te zabawne, nieprzyzwoite pytania o seks i o sam akt narodzin dziecka.
    Czy też może chodziło mi o prozaiczne, fizjologiczne szczegóły porodu? Skłonna
    jestem wierzyć matce, jeśli chodzi o uczucia i sprawy ciała. To wykwalifikowana
    pielęgniarka, nawet, jeśli daleka jest od praktykowana wyuczonego zawodu. Więc
    ufam jej opisom i opowiadaniom o tym, jak wyglądałam zaraz po opuszczeniu
    łożyska, jak zaraz po umyciu z krwi i śluzu i widzę siebie jako maleńkiego
    oseska o owłosionej ciemnej głowie, zadartym nosie, skórze pokrytej niegroźną,
    ale nieestetyczną wysypką.

    Dość szybko z ciasteczka
    brownie stałam się antyciasteczkiem biszpoptowym blondie. Moje włosy pozostały
    jasne przez dłuższy czas. Obcinane regularnie na pazia z biegiem lat przeszły
    metamorfozę aż do postaci ciemnej blond. Przestało mi się to podobać. Moja
    pulchna zawsze odrobinę i okrągła, w obramowaniu krótko przyciętych włosów,
    twarz wydawała się miła i słodka ciociom i wujkom, ja jednak serdecznie jej nie
    znosiłam. Od wczesnego dzieciństwa? Tego nie pamiętam, jednak nie cierpiałam i
    unikałam swojego odbicia w lustrze w latach dorastania i dojrzewania, w moich
    latach nastoletnich. Ukradkiem i wstydliwie zaglądałam do lustra. Nigdy w
    obecności osób trzecich. Zmorą były
    później – w latach gdy mama zrezygnowała z postrzyżyn córki, ze względu na niesforne i grube włosy
    – wizyty u fryzjera, gdzie nie pozostawiano mi wyboru. Musiałam spoglądać
    wprost na siebie, dostrzegać taksujący, zdawało mi się, a w istocie niewinny
    wzrok fryzjerki (fryzjerów unikałam jak ognia, podobnie jak wszelkiej maści
    lekarzy płci męskiej). Musiałam analizować niedostatki własnej urody. I tę
    okrągłość policzków, i te sińce pod oczami, które nie zawsze były sine, ale
    zawsze widoczne w postaci opuchlizny, jak w momentach całkowitego wyspania i
    odpoczynku. Sprawa dziedziczna, dowiedziałam się wkrótce po krótkiej analizie
    wyglądu zewnętrznego członków rodziny, a zwłaszcza babci ojcowej, matki mojego
    taty, oraz po poważnej rozmowie z współczującą moim troskom mamie.

    Wysokiej szatynki o długich
    nogach i małej czarnulki w becie wypatrywał przed szpitalem 14 marca 1974 mój
    ojciec, przystojny, średniego wzrostu, szczupły brunet o prostych, gęstych
    włosach, które wprost chciało się przeczesać i zmierzwić ręką. Mama, zmęczona
    po dwudziestoczterogodzinnym porodzie ledwie trzymała się na nogach. Podobno
    jednak uśmiechała się dzielnie i ucieszyła na widok kwiatów. Co było dalej? Nie
    wiem. Nie pytałam. Zapewne krzyk, płacz, pieluchy prane bezustannie, nie
    istniały bowiem jeszcze pampersy. Nieustający, przenikliwy zapach dziecięcych
    ciuszków, pudrów, sików, kremików.

    Na szczęście dla mamy
    urosłam, na szczęście byłam niechorowita, cicha, spokojna, grzeczna i
    pozwoliłam się dobrze wychować na nieśmiałą dziewczynkę z manierami, którą w
    którymś momencie, podczas wyjazdów dużo późniejszych na rekolekcje kościoła
    katolickiego wołano – mała lady.

    Na moje szczęście i
    nieszczęście wkrótce pojawił się na świecie chorowity, krzykliwy, niegrzeczny i uparty braciszek. To stało się
    w 1977 roku. Podobał mi się bardzo, kochałam go na swój sposób, byłam przecież
    dobrze wychowanym dzieckiem. Ponadto nareszcie miałam się z kim bawić w dom pod
    przykrytymi kocem stołami mojej tapczan półki. To wszystko nie pozwoliło nam
    jednak uniknąć kłótni i ostrych bójek, które matka gasiła krzykiem, a ojciec
    groźbą pasa i karami. W powyższych okolicznościach szybko na przekór sobie
    stałam się złośnicą i jędzą.

    Jest gdzieś w naszym
    rodzinnym albumie to zdjęcie nas obojga robione ręką taty. Rzecz dzieje się na
    tarasie, na który wchodziło się z dawnej naszej kuchni. Ja stoję skrzywiona, z
    potarganymi nieco, puszczonymi luźno włosami, długimi, ciemnymi, jednak wciąż
    blond, po prawej stronie tarasu. Czarno-białe zdjęcie niewiele mówi o kolorach.
    Widoczne są jedynie moje opadające trochę podkolanówki na wyraźnie pałąkowatych
    nogach, odziedziczonych po mamie, których wstydziłam się, nienawidziłam i z
    powodu których miałam kompleksy, jakich nie miała nigdy matka. Skrzywiony
    uśmiech pod wpływem rażącego oczy słońca obnażył przypadkowo naturę jędzy.
    Całości dopełniała krótka spódniczka (dziesięciolatce nie wypadało w tamtych
    czasach nosić zbyt długich spódnic, a nie nosiłam dżinsów, których krój zdawało
    mi się jedynie uwidoczniał krzywiznę nóg) i bluzka z krótkim rękawem. Pod którą
    rysowały się zaczątki piersi? Nie, nie rysowało się jeszcze zupełnie nic. Brat
    w momencie pstryknięcia zdjęcia wchodził właśnie na taras krokiem
    zbójecko-zawadiackim. Typowy urwis – kwitował ze śmiechem małą postać chłopca
    każdy kto oglądał to zdjęcie. Jego pewna mina, uśmiech, wytarte dżinsy i
    koszulka budziły sympatię.

    Mieszkaliśmy z bratem w
    jednym, jednak wystarczająco dużym dla nas dwojga, pokoju. Znajdował się on w
    domu piętrowym, dość obszernym, z perspektywy małej dziewczynki. Mieszkało tam
    kilka rodzin, z których składała się nasza duża rodzina. Budynek stał na
    prowincji, na wsi bez krów, jak mówiłam znajomym. Mieszkałam z rodziną w
    Stasinie, dzielnicy Otwocka. Kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. W
    miejscowości nazywanej wypoczynkową, ze względu na las sosnowy. Na mikroklimat,
    jaki się tam wytworzył, bliskość rzeki i kilku jeziorek, kilku szpitali dla
    gruźlików i kilku sanatoriów dla pacjentów cierpiących na schorzenia kostne.

    Dom stał na środku dużego
    placu, którego nierówności uwielbialiśmy ze względu na możliwość taplaniny w
    jeziorkach tworzonych przez wodę deszczową. Nie lubili ich, jak się okazało
    później, rodzice. Zasypali wkrótce ziemią nasze ulubione miejsce zabawy.
    Położyli dwa rzędy płyt chodnikowych dla wjeżdżającego samochodu, który miał
    nie niszczyć rosnącej trawy. A trwa rosła wysoko. Tam, gdzie nie zasypano jej
    ziemią, rosła dziko i bujnie. Chowaliśmy się w niej jako dzieci, wylegiwaliśmy
    i robiliśmy pikniki w otoczeniu krzaków białych i czerwonych porzeczek. W
    niedalekiej odległości od drzewek wiśniowych.

    Drugim ulubionym miejscem
    zabaw był stary kurnik, który po likwidacji kurzej zagrody w jednym z rogów
    podwórza obok komórki, postawiony został, z niewiadomych do dziś powodów, po
    przeciwnej stronie podwórza. Nieopodal krzaków czarnych porzeczek, szamba,
    które nieustannie wylewało i starego, czerwonego trzepaka, na którym kilka razy
    dziennie fikaliśmy w przód i w tył.



    2

     

     

    en_USEnglish