Chcesz otrzymać prezent?

Up for a gift?

Zapisz się do newslettera!
Subscribe!

    * Sprawdź na co się zgadzasz (Privacy policy)

    MORE TU

    Oni

    1 – kawa po turecku

    Zrobiłam sobie dziś poranną kawę, jak co dzień, i pomyślałam o nim. Pamiętałam te kilka dni, które spędziliśmy razem w Turcji, na południowo zachodnim jej krańcu, w mieście No Name, w mieście bez nazwy już w tej chwili, bo nie potrafię jej przywołać w pamięci. Wciąż widzę jednak ten śmieszny mały domek z wejściem od podwórza, furtką od frontu i wąskim chodnikiem wzdłuż ściany zarośniętej wspaniale pachnącą rośliną pnącą o różowych kwiatach. I widzę mieszkanie dwupokojowe i kącik kuchenny, i sylwetkę Aytekina od tyłu, barczystą i wysoką i jego dłonie w momencie, gdy bierze delikatnie maleńki dzbanuszek o srebrnym kolorze, chwyta za długi uchwyt, nalewa wody i stawia na gazie małej kuchenki gazowej. Potem otwiera puszkę z kawą – jej zapach już wówczas wyczuwam i sprawia on, że czuję się błogo i spokojnie. Aytekin wsypuje dwie łyżeczki czubate do wody w czajniczku i odwraca się w końcu do mnie, uśmiecha i siada obok na kanapie.

    Nie pamiętam, aby kiedykolwiek wykipiała mu przygotowywana ze czcią kawa po turecku. Jej niewielka ilość, która po nalaniu mieściła się w specjalnie przygotowanej malutkiej filiżance, zbyt cenna była, by mogła się wylać podczas parzenia. W jakiś cudowny dla mnie sposób zawsze wiedział kiedy jest gotowa i zaczyna wrzeć. Sztuka, której ja do dziś nie mogę opanować, być może dlatego, że nie poświęcam jej tyle uwagi co Aytekin, być może dlatego, że pozostawiam ją samotnie w kuchni gotującą się po turecku w podobnym małym dzbanuszku i wykonuję milion różnych porannych czynności w dalszych rejonach mieszkania. Nie siadam zaś i nie słucham odgłosu gotującej się czarnej mikstury.

    Dziś nadaję mojej kawie smak odrobinę ….

    pl_PLPolish