Chcesz otrzymać prezent?

Up for a gift?

Zapisz się do newslettera!
Subscribe!

    * Sprawdź na co się zgadzasz (Privacy policy)

    MORE TU

    historie niemożliwe
    historie niespełnialne

     

    to ona jest
    bezimienna
    ona jest
    wszystkim i niczym
    realnością i ułudą
    nadzieja i rozczarowaniem
    kreacja wirtualną i realną osobą
    jest i nie ma jej
    to ona
    wirtualne wcielenie
    ludzkich
    męskich
    kobiecych
    fantazji pragnień snów

    Historia I

    m u z y k a

    obraz

    słowo

    Haja o que Houver

    Haja o que houver
    eu estou aqui
    Haja o que houver
    espero por ti
    Volta no vento
    O` meu amor
    volta depressa
    por favor

    Há quanto tempo
    já esqueci
    Porque fiquei
    Longa de ti
    Cada momento
    é pior
    Volta no vento
    Por favor

    Eu sei, eu sei
    Quem és para mim
    Haja o que houver
    espero por ti

    [P.A.Magathaes, wyk.Madredeus]

    Gwar dziecięcych głosów. Słońce wdziera się do małej ciemnej klitki na piętrze. Obnaża brudne ściany, odrapane, podarte nędzne resztki kolorowej kiedyś tapety. Mężczyzna przykryty po sam nos kołdrą bez poszwy wyciągnął się na metalowym na dawną modłę starym łóżku. Jeszcze nie obudził go gwar, nie wyrwały ze snu dziecięce głosy dochodzące z podwórza, śni jeszcze o niedawno odbytej podróży wskroś Europy. Niemcy, Holandia, Belgia, Francja, Hiszpania…i w końcu kraniec starego świata, kraniec otwartej Europy, Lizbona. Dochodził go skądiś odległy,  przytłumiony, jakby spoza wielu zamkniętych drzwi, głos śpiewającej kobiety. Cudny głos. Tak czysty, rześki, jasny…
    Jeszcze długo po skończonym filmie pozostawał w jej głowie ten cudowny głos. Nie rozumiała słów wypowiadanych po portugalsku. Domyślała się ich sensu. Wiedziała, że śpiewaczka miała na imię Teresa, zespół, który tworzyła wraz z muzykami to Madredeus. Po zakończonym seansie młoda kobieta błądziła jeszcze długo ulicami wschodniej stolicy, mając w głowie słoneczny obraz Lizbony i tych kilka scen, które, jak dziwaczny zlepek utkwiły w jej pamięci wizualnej. Zamknięty pokój, którego ciemności rozproszyły jedynie wdzierające się ukradkiem szparami w drewnianych okiennicach promienie słoneczne i nieproszona muzyka ..i gwar dziecięcy. Nie mogły się oczy przyzwyczaić do kontrastu obrazów, tego w wyobraźni, zalanego jasnością i ciepłem, i realnego, który obnażał nędzne resztki odchodzącej zimy.  Nie lubiła Warszawy. Miasto potrafiło ukazać swój urok, lecz nie o tej, przedwiosennej porze roku. Gdy w centralnej Polsce jeszcze zimno i nie zielenią się drzewa, w Portugalii wiosna zapewne zakwitała już w pełni.  Obsesyjnie powracała myśl o Lizbonie…Nie dziwiła się fascynacji Wendersa tym miastem…Pociągało. Dla mieszkańca  środkowej Europy to mógł być już skrawek egzotyki…Obserwować miasto, filmować je, podsłuchiwać…To właśnie robił, on…Wenders, on, twórca dźwięku, bohater…Imię? już  nie była w stanie sobie przypomnieć. Ostatecznie nie postaci z imienia i nazwiska są ważne, lecz to, co im się przytrafia…Miała ochotę usiąść i zacząć pisać…o Lizbonie, nie o Lizbonie, może o Warszawie, może o…

    Pomyślał o córce. Nie  widział jej od  tygodnia.  Dzień spotkania miał nastąpić dopiero w przyszłym tygodniu.  Co dwa tygodnie…takie było orzeczenie sądu. Nic nie miał do powiedzenia. Wiedział, że Natalia ciężko znosiła rozstanie, ich rozwód.  Cóż, Cristina niewątpliwie dobrze się małą opiekowała. Nie brakowało jej niczego…Brakowało jej ojca…Głupie myśli – żachnął się – doprowadzało go do szału przemyśliwanie całej sprawy od początku i od początku.  Analizował każdy szczegół swojego zachowania, jej zachowania…Przypominał sobie każdą najbardziej błahą kłótnię z Cristine, każdą najmniej znaczącą sytuację…  czemu, czemu byłeś takim głupcem, Carlos? Nie mógł sobie darować utraty córki. Nigdy nie wyobrażał sobie, że tak bardzo będzie mu małej Nathy brakować.  Nie kochał już żony, wiedział, że rozwód był decyzją najlepszą z możliwych, lecz spoglądając w twarz Natalii i tak za każdym razem zadawał sobie obsesyjne pytanie – czy tak ? czy to była dobra decyzja? czy jedyna z możliwych? Niejednokrotnie zastanawiał się jak postrzega jego zachowanie to dziecko…Być może spoglądała tak, jak on kiedyś…w dzieciństwie, spoglądał  na swojego ojca… To skojarzenie powracało. Odrzucał je, bo raniło, ale ono uparcie i wciąż uparciej  powracało ku  niemu.  … Jakaś ciemna przestrzeń ogrodu, zacieniona koronami wysokich drzew. Dom na przedmieściach Lizbony…  Wygodny dom, duży, obszerny. Bogaci ludzie. Jego rodzice. Już jako dziecko wiedział, że ojciec jego ma dobrą posadę prawnika i  świetną pensję… Stanęła mu przed oczami pociągła śniada twarz ojca.  Był przystojnym mężczyzną. Typowa latynoska uroda, ciemne włosy i oczy… Pamięta jednak, że bał  się spojrzeć w tę twarz, gdy pozbawiona była uśmiechu…  Bał się…
    Wielu kolegów mówiło, że ma surowych ojców, wielu pokazywało w szkolnej szatni lub w rozbieralni  tuż przed godziną ćwiczeń sportowych jakie to cięgi oberwali od ojców i za jakie to wyrafinowane szczenięce przestępstwa.  On też…a jednak nie przyznawał  się, że baty dostawał najczęściej od surowej opiekunki.  Ojciec nie stosował nigdy kar cielesnych a jednak ile by jego syn dał  by wysublimowany ojcowski system karania zamienić na porządne codzienne lanie! Wiedział, że każdy chłopięcy grzech odpokutować musiał będzie w dniu święta… Jakiegokolwiek tradycyjnie i z założenia radosnego święta, które zazwyczaj powinno nieść równie radosną obietnicę stosu prezentów… Tymczasem jego Boże Narodzenie, jego urodziny, imieniny… były bez znaczenia…. Chłodnym tonem wypowiadane życzenia, posiłek w  ciszy. Nigdy nie zapomni wyrazu twarzy matki, która potajemnie robiła mu prezenty w wigilię Narodzin Chrystusa,  która w dniu jego urodzin  wtykała mu pod poduszkę pieniądze na upatrzone cudo… Potajemnie, bo ojciec nie zwykł akceptować nagradzania prezentami dziecka, które odbywało swoją karę.
    Chłopiec najlepiej czuł się poza domem, na otwartych osłonecznionych podwórzach starej Lizbony… Nigdy nie wracał po szkole do domu, włóczył się z kolegami. Pokochał to miasto, nie jego snobistyczne rozpościerające się poza centrum dzielnice, lecz tę starą część Lizbony, wąskie uliczki,  którymi , zdawałoby się,  z trudnością przeciska się stary tramwaj swoim charakterystycznym krętym dżdżownicowatym ruchem…
    Ale Nathalia jego była inna. Spokojna, odrobinę nieśmiała lecz tak samo ciekawska i spragniona wrażeń i nowości… Uwielbiał ją,  rozpieszczał prezentami, które tyle co jej sprawiały jemu radości, pragnąc jakby w dwójnasób  nagrodzić i sobie własny niemiły czas dzieciństwa i jej… nieobecności ojca w domu i niedotrzymane obietnice…

     

    pl_PLPolish