[rozdz 1][ rozdz 2][rozdz. 3][rozdz. 4][rozdz. 5]
[rozdz.6-10][rozdz.11-15][rozdz.16-20][rozdz.21-25]
[do strony głównej/back/retour]
Nina

Me, Myself and I

or

what would happen if...

 


 

Rozdział I

Zimowe popołudnie



Zima spadła nagle wraz z pierwszym śniegiem. Zrobiło się przeraźliwie zimno. Na obrzeżach miasta śnieg pokrył szare jesienno-bure zabudowania i skostniałą ziemię. Warszawa jednak, wciąż tętniące życiem industrialne miasto pozostało tak szare, jak dawniej. Śnieg wtopił się w szarość komunistycznych gmachów. Szybko i skutecznie rozdeptywali go zabiegani przechodnie, już tylko "miazga pośniegowa" zalegała ulice - jak głosiły prognozy radiowe dla kierowców. Ta zimowa nie-zimowa aura zachęcała warszawiaków do spotkań w ciepłych, pachnących parzoną kawą, lokalach. Światło za oknami, mgiełka dymu i ludzie rozkoszujący się ciepłym napojem kusiły przechodniów spoglądających przez szybę do wnętrza popularnej wśród tubylców kawiarni Nowy Świat.

Rok 1996. Niedziela. Zimowe popołudnie. Jeden ze stolików w przestronnej, acz zatłoczonej, sali zajęty jest przez trzy, pochłonięte rozmową, kobiety. Studentki. Każda z nich w pośpiechu akademickich zajęć marzyła o tej chwili spotkania z przyjaciółkami i podzielenia się potokiem słów, uczuć i zdarzeń dnia codziennego nie-codziennego, rozterkami, nudą czy podnieceniem. Rozmawiały przyciszonym głosem, przerywając jedna drugiej, dopowiadając, kończąc nawzajem zawieszane celowo frazy, ubarwiając szczegółami swe opowieści i komentując je spontanicznie. Ten strumień słów przerywały jedynie częste wybuchy śmiechu. Trzy koleżanki najwidoczniej doskonale, swobodnie czuły się w swym towarzystwie. Najwyższa z nich, szczupła Natalia o pięknych, gęstych, kasztanowych włosach i wyraźnie zarysowanych łukach brwi zdawała się być najbardziej zrównoważona i poważna. Jej uroda przyciągała wzrok mężczyzn przy sąsiednich stolikach, co ta, doskonale świadoma swego kobiecego czaru, pobłażliwie potrafiła ignorować. Ona jedna zdawała się posiadać swe 22 lata, jakkolwiek trzy młode kobiety były rówieśniczkami. Jej tak oszczędne, wyważone gesty i mimika twarzy wyraziście kontrastowały z zachowaniem siedzącej tyłem do okna Nicole, która, żywa jak iskra, nie potrafiła wypowiedzieć najkrótszego zdania bez dynamicznej gestykulacji. Ona również posiadała piękne, lśniące brunatne loki, które w przeciwieństwie jednak do gładko uczesanej fryzurki Natalii, niesfornie rozsypały się po karku i plecach. Żywe ciemne oczy Nicole odzwierciedlały w pełni jej choleryczny niemal, silny iskrzący temperament. Tak ruchliwa w swych gestach posiadała jednak nieoczekiwanie wyraźnie kobiecą, o zaokrąglonych kształtach, sylwetkę. Jej szerokie biodra, wąska talia, kształtne łydki i uda miały wielu wielbicieli, ale ona niezależnie od tego, spoglądając zazdrośnie na szczupłą przyjaciółkę Nicole, wpędzała się w kompleksy, umartwiała najwymyślniejszymi dietami i katowała forsowną gimnastyką. Jednak, niewytrwała w tych próbach, szybko porzucająca rozpoczętą cud-kurację odchudzającą, nie traciła ani grama ze swej wagi i zachowywała niezmiennie swe ponętne kobiece kształty - I Bogu dzięki - dowali w duchu znajomi panowie.

Trzecią towarzyszką rozmowy była Nina. Niska blondynka siedząca na wprost okna zdradzała naturę wrażliwą i skłonną do melancholii i romantyzmu. Jej jasne, nieokreślone szaro-zielono-błekitne oczy co chwila uciekały spojrzeniem ku ruchliwej za oknem ulicy Świętokrzyskiej. Mówiła właśnie coś w podnieceniu, jej łagodny, miły głos urywał się jednak raz po raz. Nina jakby przez roztargnienie zawieszała głos, urywała w pół frazy, co jej przyjaciółki zawsze i nieodmiennie doprowadzało do pasji. Nina nie zdawała sobie jednak sprawy jak trudnym jest słuchanie jej poruszających opowieści z życia (a te przydarzały jej się nieustannie!) przerywanych w najciekawszych momentach. Nauczyły się już jednak cierpliwie czekać na kontynuację opowieści, nabyły umiejętność cierpliwego przywoływania właściwego tematu rozmowy wobec rozkojarzenia Niny i jej tendencji do rozbudowanych i zawiłych aluzji i nieoczekiwanych skojarzeń myślowych. Przyjaciółki lubiły jej słuchać, Nina miała zawsze coś ciekawego do opowiedzenia, podsuwała często swe spostrzeżenia i sytuacje, które wszystkie trzy jednocześnie niemal aktywnie komentowały. Ta mała blondynka, z włosami krótko, prosto ściętymi na zmodernizowanego nieco pazia, typową słowiańską urodą wyraźnie różniła się od Natalii i Nicole i nie wzbudzała wielkiego zainteresowania wśród spoglądających na nią przelotnie mężczyzn, a jej łagodne rysy i zaokrąglony kształt twarzy sprawiały, że wydawała się być młodszą, niż była w istocie. Nikt nie dałby jej więcej ponad 18 lat. Jakże zawsze cierpiała z tego powodu! W przyszłości kpić sobie będzie swobodnie z samej siebie i tych tak subiektywnych, względnych odczuć obserwujących ją ludzi. Ale tymczasem sprawiały jej przykrość lekceważące spojrzenia mężczyzn.

Nina to studentka Polonistyki. Właściwie znalazła się tam przypadkowo, podobnie jak Natalia. Obie czują się wśród intelektualistów, literatów i rozegzaltowanych osobowości nieco obco. Zupełnie niezłe z literatury i języka w liceum, bez problemu zdały egzaminy na studia, nie zastanawiając się długo nad ich wyborem. Natalia zaaklimatyzowała się na wydziale, Nina jednak z każdym dniem boleśniej odczuwała swą pomyłkę i coraz intensywniej myślała o przeniesieniu się na wydział Romanistyki. Cóż, jej znajomość francuskiego nie była jednak wystarczająca. Natalia znała dobrze rozterki przyjaciółki. Tego dnia więc, spoglądając na Ninę, czekającą samotnie w kawiarni na spóźniające się przyjaciółki, od razu wyczuła, że stało się coś ważnego. Błyszczące oczy Niny wyrażały radość i podniecenie. Musiała już podjąć decyzję - pomyślała Natalia.

- Słuchajcie, moje drogie, postanowiłam wyjechać. - To oświadczenie wywołało natychmiastowe komentarze. Ha, to, co niewątpliwie wprowadza w zdenerwowanie każdego mężczyznę, to kobietom plotkującym przy stoliku zdawało się naturalne. Komentowanie i wpadanie w słowo to jedynie wyraz zainteresowania. Nina wysłuchawszy z tajemniczym uśmiechem pytań przyjaciółek, ciągnęła zwierzenia. Postanowiła wyjechać na rok do Francji. Wziąć urlop dziekański to żaden problem. Cóż, rok akademicki w pełni - koniec lutego - podejmie więc naukę od drugiego semestru po powrocie. Twarze kobiet wyrażały zdumienie i podziw, a oczy Natalii również żal. - Jak to! Mam męczyć się przez rok na wydziale bez niejakiej podpory duchowej ni towarzystwa? - myślała. W istocie, wyjazd przyjaciółki, jak się okazało, pozbawił ją ochoty do nauki. Warunkowo przeszła na czwarty rok, nadrabiając braki dopiero po powrocie Niny z Francji i wraz z nią chodząc powtórnie na zeszłoroczne zajęcia. Przyjaciółki!

Nina spoglądała rozkojarzona to na Natalię, to na Nicole. Jej wzrok jak zwykle uciekał w stronę okna, podczas gdy z ust obu kobiet sypały się natarczywe pytania i ponaglenia. - No, opowiadaj! Gdzie? Po co? Co będziesz tam robić?
 



początek

Rozdział II

Ach! Nawet nie wiesz, jaka cudowna jest Francja!...



Nina wyjechała piętnastego marca, kilka dni po wyprawionych hucznie dla licznych przyjaciół, urodzinach. Pożegnała marcowy śnieg, ubielający jeszcze uparcie w połowie tego miesiąca krajobraz Polski. Z okna autokaru pokonującego długą, męczącą trasę wiodącą południem Europy spoglądała na pola Słowacji, mury autostrad Austrii, mieściny i wzgórza Italii. Po wyczerpującej, pozornie nie mającej końca podróży, drugiego dnia nad ranem autokar znalazł się na terenach Francji południowej. Przywitało podróżujących wspaniałe słońce i lazur Morza Śródziemnomorskiego. Nicea, Marsylia świętowały już przyjście wiosny.

Nina czuła się obco w tym niemal egzotycznym dla niej krajobrazie i klimacie tak różnym od surowych pejzaży pól Polski, szarości murów Warszawy i szaroburego nastroju przedłużającej się zimy. - Życie tu musi być cudownie przyjemne w tak relaksującym klimacie - pomyślała tylko.

Miesiące mijały szybko. Aklimatyzację Nina miała już za sobą i najboleśniejsze na skutek samotności i poczucia wyobcowania dwa pierwsze miesiące. Ciekawe, że dopiero tu, za granicami kraju, poczuła się pewna swego uroku jako kobieta. Francuzi, zaciekawieni jej słowiańskimi rysami i kobiecą, małą postacią, często kierowali ku niej spojrzenia.

Na trzy miesiące przed opuszczeniem Francji miało miejsce dziwne spotkanie. Jak się okaże, zadecydowało ono o losach Niny w ciągu następnych dwu lat...

Był lipiec. Upalne śródziemnomorskie lato. Nimes zalane promieniami palącego słońca przez cały sobotni dzień pod wieczór wreszcie odetchnęło chłodniejszym powietrzem. Nina z ulgą przywitała ten podwieczorny chłód. - Ach, jak cudownie! - powiedziała do siebie półgłosem. Siedzących obok niej przy stole dwóch chłopców spojrzało ona swą opiekunkę i od razu podchwyciło niezrozumiałe dla nich słowa. - Ach, "jakcownie"! - Qu'est-ce que c'est "jakcownie", Nina? - zapytał starszy chłopczyk po francusku? - Comme c'est merveilleux! - przetłumaczyła Nina. - "Jakcownie, jakcownie"! - zaczęły pokrzykiwać maluchy jeden za drugim. Nina próbując zapobiec chaosowi, jaki był tuż tuż na skutek małej chwili jej nieuwagi i zabawy przy posiłku, zarządziła koniec kolacji, sprzątanie i przemarsz do łóżek z krótkim postojem w łazience. Dzieciaki po całodziennym pławieniu się w basenie nie miały najmniejszej ochoty na opłuczyny pod kranem. Zgodziły się po wielkich bojach na przeciągnięcie szczoteczką z mikroskopijną odrobiną pasty po przednich zębach i wskoczyły do łóżek, a raczej przyczaiły się pod kołdrami, by w chwilę po wyjściu Niny wyskoczyć z nich i kontynuować ulubioną zabawę w wyścigi i tor przeszkód, pokonywany przez małe, zgrabne samochodziki wyścigowe, których, dla ich ilości, nie sposób już było zliczyć; każdy członek rodziny natykał się na nie w całych domu, w najmniej oczekiwanych miejscach. Co wieczór miały miejsce te rytualne już niemal podchody i zabawa w chowanego, w której udział brały dwa sprytne maluchy, pięcio- i trzylatek, z piskiem chowające się pod kołdrę, słysząc kroki zbliżającej się opiekunki i Nina, z trudem powstrzymująca śmiech na widok niewinnych twarzyczek, zaciśniętych powiek i buzi w ciup chłopców z kołdrami kurczowo nasuniętymi pod brodę. Wszystko kończyło się sądem polubownym, piętnastominutowym seansem filmowym ulubionych przygód słonia Babara, bajką i całusami na dobranoc.

Ósma. Dzieciaki nareszcie usnęły. Nina zdawszy sprawozdanie powracającym właśnie rodzicom o wypadkach całego dnia, naciągnęła szybko sweter, wsunęła klucze do plecaka, wskoczyła na rower i z radością ruszyła na spotkanie z oczekującymi na nią zapewne od godziny przyjaciółmi. Francuska rodzina, z którą mieszkała Nina posiadała duży wygodny dom z ogrodem i basenem, niestety z dala od centrum miasta. Nina początkowo miała swobodnie korzystać z samochodu, jednak w ostatniej chwili Francuzi zmienili zdanie i Ninie nie pozostało nic innego jak podróże rowerem. Zawsze przybywała więc na spotkania z przyjaciółmi jako jedna z ostatnich. Tak i teraz, dopiero tuż przed dziewiątą odnalazła hałaśliwe grono różnej narodowości dziewcząt i chłopców - "tubylców", przygodnie zapoznanych i dobrych znajomych. Nina zazwyczaj przesyłała wszystkim zgromadzonym ogólne "hello", całowała bliższe koleżanki i francuskich przyjaciół i siadała wśród nich, łatwo wtapiając się w swobodny nastrój różno- lecz najczęściej francuskojęzycznej rozmowy. I dziś zdawało jej się znała wszystkich, był to przecież już czwarty miesiąc jej pobytu w Nimes, żadna z koleżanek nie przyprowadziła "nowego tubylca" jak szeptały kobietki tylko między sobą, ale...na samym końcu dostrzegła jednak nieznaną jej, brodatą, sympatycznie uśmiechniętą twarz mężczyzny. Miał na imię Pierre i był tubylcem, nimijczykiem z krwi, kości i, co ważniejsze, akcentu. Nie mieli właściwie okazji porozmawiać. Dyskusja toczyła się na forum, wszyscy przekrzykiwali się jedni przez drugich, śpiewano, grano na gitarze, raz po raz młodzi wybuchali głośnym śmiechem. Tym nastrojom sprzyjała cudownie rześka, letnia, radosna, spontaniczna atmosfera południa Francji, atmosfera kafejek w plenerze, otwartych na oścież okien kamienic, okalających plac Maison Carré i wyglądających z nich półpodpartych, ciekawskich głów mieszkańców, atmosfera, którą tworzyły zbiorowisko młodych ludzi obu płci i mieszanych narodowości - trampów- podróżników-autostopowiczów, koczujących wesoło pod jedną ze ścian Kwadratowej Świątyni i wsłuchanych w rytm reggae swych bębnów, amorficzna, ruchoma i dynamiczna grupa skates'ów uparcie wygładzających kanty, progi i zręby krawężników, schodów i kamiennych ławek na całej szerokości i długości zaludnionego placu, w końcu kilku zagubionych, ciemnoskórych raperów, podskakujących naturalnie w rytm dźwięków magnetofonu, niesionego na ramieniu przez najwyższego, barczystego nastolatka. Noc była ciepła, jak to zwykle bywają noce klimatu śródziemnomorskiego, gwiazdy zahaczały o anteny na dachach kamienic, plątały się w wiszących w górze na tarasikach i balkonach dawno już suchych, zapomnianych szmatach, ciuszkach i bieliźnie, staczały się po pochyłości zabytkowego dachu Maison Carré i odbijały od szklanych powierzchni ścian nowoczesnej biblioteki, bliźniaczej siostry świątyni nazywanej Carré d'Art. Około północy całe towarzystwo, wyczerpane śpiewem, rozmową i winem postanowiło rozejść się do domów, jakkolwiek część młodzieży mieszkającej w centrum Nimes udała się na pobliską, nietypową o klubowej sympatycznej atmosferze, dyskotekę. Nina miała jednak przed sobą podróż w ciemności do domu na peryferiach miasta, a następnego dnia w perspektywie pobudkę o szóstej rano oraz wrzaski i nagabywania dzieci domagających się standardowej o świcie dawki grzanego mleka, postanowiła więc zrezygnować tym razem z zabawy. Roztargniona, żegnając się z przyjaciółmi, szukała wzrokiem nieznanego mężczyzny, niestety, jak się okazało, opuścił już dużo wcześniej grupę, niedostrzeżony przez rozbawioną Ninę i niektóre jej koleżanki. Cóż - pomyślała Nina - być może przyjdzie nam się jeszcze spotkać w bardziej kameralnych okolicznościach. - I rzeczywiście...Przypadkowe spotkanie miało jednak miejsce dopiero dwa miesiące później.
 

początek

Rozdział III

A jednak nie ma to jak Nowy Świat...



 
 
 
 
 
 
Nadeszły sierpniowe upały. Nina, nieprzyzwyczajona do skwarnego nie do zniesienia śródziemnomorskiego lata, z niecierpliwością myślała o obiecanych jej dwu tygodniach wakacji. Nareszcie leniwie, zgodnie z trybem życia na południu nadeszła połowa sierpnia i Nina mogła powitać w Nimes swoje dwie ukochane przyjaciółki, Nicole i Natalię. Obiecały sobie niezapomnianą, spontaniczną podróż po południowym brzegu Śródziemnomorza. Nina, przez te kilka miesięcy spędzonych wśród Francuzów, korzystała do woli z każdej chwili i podróżowała po okolicy dalszej i bliższej, z francuską rodziną, dziećmi, przyjaciółkami po fachu i przyjaciółmi Francuzami, poznała więc nieźle Prowansję, Langwedocję i tereny wyżynne na północ, urocze góry Cévennes i zadziwiające w swym pięknie i dzikości kaniony rzeki Ardeche, tak zwane wąskie gardziele - Gorges d'Ardeche, pragnęła jednak wraz z dwoma przyjaciółkami zajrzeć w kilka kuszących je miejsc. Do Tuluzy, Montpellier, Paryża? Nie była zdecydowana. Marzyło im się także zakoczowanie na kilka rozkosznych dni lenistwa w odnalezionej przypadkowo auberge de jeunesse - schronisku na peryferiach Marsylii.

Dziewczęta pojawiły się w Nimes w połowie sierpnia. Z pomocą Paula, ojca francuskiej rodziny Niny udało się dziewczęta przetransportować z ich plecakami do ukrytego na peryferiach miasta domu, w którym z całą życzliwością rodziców maluchów Dawida i Lucasa i przy nieoczekiwanym entuzjazmie dzieci wspólnie zjedzono kolację i spędzono noc. Nina ogromnie lubiła rodzinę, w której znalazła pracę opiekunki. Ci ludzie, tak życzliwi, otwarci, inteligentni i tolerancyjni zawsze służyli jej pomocą. Paul, typowy telemaniak i kibic meczów piłki nożnej i wszelkiego typu sportów grupowych nieodmiennie wyciągał Ninę na wspólne wieczorne i nocne seanse telewizyjne. Wiadomości, filmy, mecze, których Nina w istocie nie znosiła, a które nauczyła się rozumieć i tolerować, zafascynowana szybkością wypowiadanych słów i nieznanych jej terminów francuskich używanych przez komentatora, wszystko to pogłębiało jej niezłą już przecież znajomość języka. Niewątpliwie i cierpliwe obojga Paula i Veronique, odpowiadanie z uśmiechem i rozbawieniem na niekończące się pytania językowe Niny stanowiło o szybkich postępach w jej umiejętnościach ekspresji, wypowiedzi i dyskusji. Nina uwielbiała pogaduchy z pięcio- i trzylatkiem, które nieodmiennie przerywane były wybuchami śmiechu ich trojga wobec słownych qui pro quo, a i słuchającemu z boku bezsprzecznie nasunęło by to na myśl zabawę w zgaduj zgadulę.

Po zakończonej kolacji, uśpieniu maluchów i długiej dyskusji przy stole w łamanej polskim i angielskim francuszczyźnie, wszyscy udali się do swych łóżek. Nazajutrz dziewczęta postanowiły po krótkim zwiedzaniu Nimes, udać się bezpośrednio do Tuluzy. Ach, Tuluza! Po kilkugodzinnej podróży TGV, szybką koleją, dziewczęta znalazły się w zalanym słońcem mieście. Była to godzina około południowa. Upał przyprawiał je o ból głowy i zapierał dech w piersiach. Marzyły jedynie o odnalezieniu ich skromnego, z zarezerwowanymi już telefonicznie miejscami, hoteliku, gdzie mogłyby pozostawić ciężar dźwiganych już cały dzień plecaków i zmyć pod prysznicem upał i zmęczenie z pokrytej warstwą potu i kurzu skóry. Od dworca musiały przewędrować wzdłuż całego miasta, by dotrzeć na rue de Taur, w pobliżu starej, zabytkowej o imponującym kształcie zwalistych średniowiecznych murów Bazyliki Saint Sernin, w stylu bliskim samej Tuluzie , w stylu mieszanym romańsko-gotyckim z dodatkami późniejszymi. Czerwień cegły i mozaiki rodem z kultury bizantyjskiej przemieszane były z szarością kamienia. Dziewczęta udały się do tej świątyni pod wieczór, pragnąc podziwiać wspaniałe mozaiki, żywo przypominające wystrój typowy prawosławnym greckim i rosyjskim świątyniom.

Późnym wieczorem, po długiej sjeście, jaką urządziły sobie zmęczone upałem i obfitym obiadem kobiety, po pląsach, rozbawieniu, żartach, meblowaniu i adaptowaniu do własnych potrzeb pokoiku hotelowego, postanowiły w końcu wyruszyć na wędrówkę po nieznanym mieście, z przeczytanym pobieżnie guidem, informującym o co ciekawszych kafejkach, barach i klubach nocnych, których obfitość wielka podobno istniała w tym studenckim ośrodku uniwersyteckim, jakim była przecież Tuluza. Ruszyły we trzy energicznie na poszukiwanie maleńkiej i trudnej do zidentyfikowania rue de Madelaine. Pragnęły odnaleźć klub jazzowy, przyciągający ponoć liczne grono studentów tamże, a jednak po godzinnym włóczeniu się i błądzeniu po mieście wciąż nie mogły odnaleźć tajemniczo zaginionej uliczki. Zmęczone, około jedenastej wstąpiły do jednej z kafejek na wprost placu de Capitole, jak wszystkie pozostałe otwartej do późnych godzin nocnych. Ruchliwe to miasto urzekało je swym urokiem, jednak wiedziały dobrze, że pozostanie niewiele w ich głowach wspomnień z tych dwu dni w Tuluzie. Nazajutrz przecież postanowiły zwiedzić na chybcika rozliczne muzea, galerie, klasztor les Jacobins, kościoły, mosty...

Przemierzyły w zawrotnym tempie i w palącym już od rana słońcu całe niemal miasto wzdłuż i wszerz, stwierdzając potem w czasie wspólnej podróży pociągiem który zabierał je tym razem w stronę wschodnią i oddalał od granicy hiszpańskiej, że nie jest rzeczywistą przyjemnością zwiedzanie w pośpiechu. Cóż jednak, gdy one miały dla siebie jedynie kilkanaście dni, te uciekały szybko, a Francja zapraszała do wędrówek po okolicy. Postanowiły więc jednomyślnie dać wytchnąć ciału, nogom, myślom i zdecydowały się na wybór schroniska w Marsylii, gdzie chciały pozostać wylegując się na plaży przez kilka dni.

W Marsylii jak się okazało istniały dwa schroniska, dziewczęta jednak, nie znając zupełnie topografii miasta i zamawiając miejsca właściwie "w ciemno", nie zauważyły, że schronisko przez nie wybrane znajdowało się na peryferiach Marsylii, dokładnie na przeciwległym do brzegu morza krańcu miasta. Godzina była już wieczorna, gdy kobiety dotarły autobusem do imponującego, stworzonego w starym zamku schroniska. Warunki okazały się być wymarzone: łazienki, prysznice i obszerna kuchnia, lecz...ani śladu morza a i dojazd uciążliwy. Poczuły się oszukane i uwięzione w tym dziwnym miejscu. Tymczasem zaczęła się bitwa z właścicielem schroniska o możliwość zamiany czy wycofania rezerwacji i zwrot kosztów. Ostatecznie cała operacja była bliska powodzenia pod warunkiem, że dziewczęta przeniosłyby się natychmiast do drugiego na przeciwległym brzegu miasta schroniska jeszcze tego wieczoru. Westchnęły. Zapadała noc, nie były nawet pewne czy nie uciekł im już ostatni autobus do centrum miasta. Gra była jednak warta świeczki. Zmęczone, po odbytych kilkuminutowych rozmowach z właścicielką schroniska nad morzem (dysponowały tylko końcówkami kart telefonicznych co starczało na kilkukrotne, jednozdaniowe, wyrzucane jednym tchem konstatacje i pytania) bez wymarzonego prysznica na orzeźwienie po całym dniu podróży, pognały z plecakami i rezerwacjami w kieszeni na przystanek autobusowy. Zdążyły na szczęście na ostatni środek lokomocji który odchodził tuż po dziesiątej i po przesiadce w metro i znowu w autobus odnalazły wreszcie swój nadmorski ośrodek, o tej porze wypełniony już po brzegi młodymi krzykliwymi mieszkańcami, którzy właśnie powrócili z plaży czy z miasta i bawili się głośno w sali bilardowej , małej kawiarni-barze i na tarasie, przekrzykiwali jedni drugich, prowadzili różnojęzyczne rozmowy i śmiali się na cały głos. Miła, energiczna właścicielka schroniska przyjęła je życzliwie i wskazała pokoje. Nareszcie prysznic i łóżko. Tego wieczoru dziewczęta, zbyt zmęczone dniem, nie miały ochoty na zabawę i towarzystwo. Kolejne jednak wieczory zawsze spędzały w gwarnym tłumie młodych ludzi z różnych stron świata.

Natalia, Nicole i Nina pozostały w Marsylii przez pięć dni. Codziennie rano wyruszały na plażę, zaopatrując się po drodze w całą torbę owoców, co zazwyczaj starczało im do południa lub popołudnia, po kąpieli morskiej i słonecznej, namiętnym wylegiwaniu się na skałach i kamieniach okalających brzeg rzeczywiście czystego lazurowego morza, wyprawiały się po bagietki, ser, wodę i nową dawkę południowych owoców. Konsumowały to wszystko w mgnieniu oka, po czym przychodziła pora na popołudniowa porcję kofeiny w postaci małej czarnej. Dziewczęta uwielbiały okalające brzegi plaży kafejki, tarasy z widokiem na morze, gdzie niejednokrotnie zamawiały duże porcje lodów i kawę mrożoną późnym już popołudniem, by stąd śledzić zachodzące słońce i gwarny tłum turystów. No tak, Marsylia była jednak typowo turystycznym ośrodkiem Lazurowego Wybrzeża.

Piątek był ich dniem wyjazdu. Wszystkie obudziły się nieco późno. Przerażone, z niespakowanymi plecakami (poprzedniego dnia wszak siedziały do samego ranka w wesołej kompanii w kawiarnio-barze schroniska) w pośpiechu, tracąc głowę i zapominając tysiąca rzeczy, budząc następnie zaspaną właścicielkę schroniska, której zapomniały przypomnieć o ich wczesnym wyjeździe, opuściły w końcu schronisko i pognały zdenerwowane na przystanek i stąd na dworzec kolejowy. Przed nimi Paryż...

Stolica przywitała je deszczową pogodą. Paryż zasnuł się chmurami i odstraszał przybyszki, poszukujące zarezerwowanego wcześniej hotelu. Odnalazły w końcu oddaloną od centrum dzielnicę, zamieszkałą w istocie przez klasę średnią, różnojęzyczną i różnokulturową. Nie przeszkadzało im to zresztą zupełnie, poza może lękliwą Natalią, która w osobach młodych Arabów, tworzących grupki na każdym rogu ulicy, sprzedających w małych non-stop otwartych sklepikach, cały Boży dzień przesiadujących i popijających kawę w męskim jedynie towarzystwie w niezliczonych kawiarniach, upatrywała potencjalne niezidentyfikowane zagrożenie. Cóż, ostatecznie zdecydowały się na jeden z tańszych hoteli, nie mając ochoty na schronisko, mimo miłych przecież wspomnień jakie pozostawiła po sobie Marsylia.

Paryż je zauroczył i onieśmielił, zapragnęły przejść go wzdłuż i w poprzek, ogarnąć, zwiedzając jak największy jego skrawek. Cóż, to , co mogły obejrzeć przez kilka dni to mógł być jedynie mizerny skrawek imponującego, iście europejskiego w swym przepychu ale i zadziwiającego w różnorodności miasta, które godziło na jednej powierzchni barwne dzielnice, chińska, łacińską, arabską obok wytwornych, bogatych, zabudowanych markowymi butikami i szeregiem modnych sklepów, prowadzonych od pokoleń lub wykupionych przez Żydów, z wytyczonymi przestronnymi alejami i rzędami starannie przycinanych drzew. Ninę jednak jak i jej przyjaciółki nie Champs Elysées zachwyciła swym pięknem lecz raczej Boulevard Saint Michel i dzielnica łacińska, gdzie włóczyły się w okolicach term de Cluny, Sorbony, College de France, zatrzymując przy każdym straganie z książkami i muzyką, wędrowały aż ku fontannom i jeziorkom Jardin de Luxembourg, wychodziły na rue Vaugirard. Tam jednak zazwyczaj schodziły do podziemi metra lub wsiadały w autobus, który zawoził je do jednego z muzeów wybranych do zwiedzania na owo popołudnie. Żadna z nich nie zapomniała z pewnością kilkukilometrowej zdawałoby się i "kilkugodzinnej" kolejki do Louvre'u. Muzeum, nawet po pięciogodzinnym zwiedzaniu, pozostawało wciąż jakby nieznane i pełne nieodkrytych alejek i zakamarków, ciekawych kolekcji, na które natykały się uparcie nie chcąc podążać utartą trasą według strzałek. Cóż, doszły wszak do trafnego wniosku, że nawet wędrówka mozolna według wskazań guidów i kierunkowskazów nie dawała możliwości obejrzenia wszystkiego. Louvre pozostawił po sobie jedynie pamięć o maleńkiej, zatrwożonej za kuloodporną szybą Monie Lizie, białej, ulatującej z marmurowych ramion Erosa Psyche, oraz o zmęczeniu, bólu w nogach i męczącej obecności mnogich, dwunożnych osobników małych średnich i dużych i konieczności ocierania się o ten nieogarniony liczebnie tłum zwiedzających, komentujących na głos dzieła w wielojęzycznej gwarze. - Zostawmy tę wyprawę na inny, spokojniejszy czas - zdecydowały dziewczęta po pięciu godzinach wizyty. Niestety, jak się okazało, wszystkie znane muzea Paryża były latem równie oblegane. Tłumy wypełniały Musée d'Orsay, Muzeum Rodina i Picassa, Muzeum Sztuki Współczesnej... Przedostatniego dnia ich pobytu w stolicy dziewczęta postanowiły przemierzyć spacerowym krokiem dzielnicę artystów , jak mówiono, dzielnicę Montmartre. W istocie sławny mały placyk okolony kafejkami z ich mikroskopijnymi tarasikami, okupowali liczni malarze rysownicy. Jakże jednak męczące wydały się kobietom ich nagabywania, a komercyjne ich prace, podobne jedne do drugich. W istocie nie sama atmosfera "artystycznego zakątka" Montmartre'u je zachwyciła, ale jego urocze zaułki, alejki, wspinające się i opadające kręte uliczki i cała obfitość schodów. Wspięły się ku bielejącemu z dala na wzgórzu kościołowi Sacré Coeur, aby opuścić je z drugiej strony świątyni. Osamotnione schodki,( nie pragnęły udać się zaludnioną aleją środkiem ogromnego ludnego targu "ciucholandowego" , gdzie królowali arabscy przekupnie), zaprowadziły je w pobliże Muzeum Sztuki Naiwnej, które jednak minęły rozczarowane wysoką nieoczekiwanie cena biletów. Wędrując wciąż w dół, dostrzegły w tej okolicy, na uliczce, której nie potrafiły sobie potem przypomnieć nazwy, polska restaurację, lecz pustą, zdało się i zamkniętą na trzy spusty. - Jaka szkoda. - pomyślały . Nina nie wiedziała wówczas jeszcze jak bliska stanie się potem jej ta dzielnica, jak wiele wspomnień w późniejszym okresie jej związku z Pierrem narodzi się tam właśnie... Pomieszkiwanie kątem u przyjaciela Pierre'a, młodego mężczyzny wynajmującego mikroskopijną kawalerkę z jednym dużym, lecz twardym na japońską modłę łóżkiem, spanie we troje w tymże łożu, włóczenie się bez końca po dzielnicy i okolicach, wypady nad Sekwanę, wielogodzinne obserwowanie tłumu Arabów strzegących swych straganów w Barbes, buszowanie w drewnianych skrzynkach bukinistów, spotkania z przyjaciółmi, pogaduchy wieczorne w kawiarenkach i barach, wspólne, przedłużające się do rana, kolacje w barach i kameralnych restauracjach znajomych właścicieli, egzotyczne potrawy meksykańskiej kuchni, chińskie tanie jedzenie, mocna wódka o dziwnym smaku, piwo ciemne, piwo białe belgijskie, wesoła pizza konsumowana w kilkanaście osób w maleńkiej, prowadzonej przez rodowitych sympatycznych Włochów, restauracji...

Tymczasem nadszedł ostatni wieczór pobytu dziewcząt w Paryżu. Nicole najwyraźniej tęskniła już za swym mężczyzną, który od wielu dni nie odpowiadał już na jej codzienne telefony, ona wsłuchiwała się tęsknie i z niepokojem w głuchy, przeciągły sygnał i marzyła o powrocie do Polski. Tego wieczoru nie miała zaś najmniejszej ochoty towarzyszyć koleżankom do pobliskiego baru. Natalia wyciągnęła więc Ninę i obie ruszyły raźnym krokiem, aczkolwiek we dwie nie były już tak śmiałe, jak zazwyczaj, a i dzielnica wyraźnie nie należała do najbezpieczniejszych. Kawiarnio-bar był jednak tuż za rogiem ich uliczki, o jakie pół kilometra od hotelu. minęły jak zwykle spoglądając z zaciekawieniem do wewnątrz, kino pornograficzne, które znajdowało się tuż obok hotelu, najwyraźniej jego właściciel liczył na niezaspokojone, rozbudzone potrzeby turystów. Po drugiej stronie ulicy, w szokująco bliskim sąsiedztwie kina znajdował się olbrzymi budynek, który trzy kobiety uznały pierwszego dnia za kościół katolicki. Bo też i architektonicznie do złudzenia przypominał świątynię. Jego wysokie zabudowane cegła mury , dwu-spadzisty dach, wąskie okna i witraże potwierdzały te domniemania. Brakło krzyża. Budynek, obejrzany jednak następnego dnia z bliska, okazał się być dawnym kościołem przeobrażonym w szokujący sposób w blok mieszkalny. Wszystkie pomyślały wówczas o czasach komunizmu w Polsce, cóż, okazuje się, że sytuacje podobne miały miejsce i w liberalnej, wolno-myślącej Francji.

Nina i Natalia dotarły tymczasem do baru. Przywitał je uśmiechem sympatyczny, młody kelner. Zamówiły standardowo ulubione ich, odkryte na południu Francji, monako, piwo jasne z lemoniadą i z grenadyną, czyli sokiem z czerwonych owoców, miedzy innymi pasji i granatów. Hmm - pomyślały - smak bliski malinom...a jednak, nie ten sam, niepowtarzalny!.
Rozbawione propozycją sympatycznie uśmiechniętego kelnera spotkania się nazajutrz i spaceru po Paryżu (jaka szkoda, że ich wyjazd dobiegł już końca - pożałowały) poprosiły go o pstrykniecie kilku zdjęć. Kawiarnia sprawiała miłe wrażenie, jednak - Ach, nie ma to jak warszawski Nowy Świat - westchnęły obie do siebie.

W pokoiku hotelowym znalazły się tuż północy, gdzie zastały śpiącą już Nicole. Oczywiście się nie spakowała! - stwierdziła z wyrzutem Natalia. - Mam nadzieję, że nie powtórzymy szalonej akcji z Marsylii - spojrzały na siebie dziewczęta i roześmiały się. Ogarnąwszy wzrokiem cały bałagan i stertę wspólną ciuchów, postanowiły jednak i one spakować się bladym świtem, tuż przed wyjazdem.
 

 początek
Rozdział IV

Wrześniowe przypadki, wrześniowe rozterki...



 
 
 
 
 
 

Nina powróciła zmęczona, lecz upojona urodą Francji i słońcem lata śródziemnomorskiego z sierpniowych, wspólnych z przyjaciółkami wypraw. Nimes przywitało ją w początkach września piękną jeszcze pogodą. tu, na południu ani śladu uroczej, kolorowo-złotej polskiej jesieni. Niezwykle rzadko, jedynie w starym, osiemnastowiecznym, stworzonym na kształt rzymskiego, ogrodzie, Jardin de la Fontaine i w alei platanów, niedaleko dworca można było podziwiać europejskie lub egzotyczne drzewa liściaste w ich szacie jesiennej. W istocie tereny Prowansji jak i inne zalegające ściśle brzeg Morza Śródziemnomorskiego krainy Francji obfitowały w suchą roślinność, tę, która niedelikatna pozostaje w dotyku, której widok Ninine wspomnienie polskiej, wilgotnej, miękkiej łąki zamieniał w obraz pola suchego niby preria, porośniętego zdrewniałymi łodygami ziół. Nie trawa dawała urok tym polom i łąkowym przestrzeniom, lecz rozsiewająca w upale intensywny zapach, z dala zlewająca się w plamy fioletu, wszędobylska lawenda, żółte połacie suchych kwiatów kocanki, wyblakłe od oddechu słońca bladawe ziele wonnego rozmarynu i tymianku. Prowansja nawet w początkach września pachniała jeszcze porośniętym ziołami krajobrazem pól i żółciła się słonecznikami, owocowała w sadach zieloną oliwką. Wszak to właśnie w tych rejonach Francji najłatwiej było w najbardziej zapadłym, zapomnianym miasteczku natknąć się na "un petit commerce", sklepik z mikroskopijnymi, fikuśnymi słoiczkami z gelée lub konfiturą z pyłków kwiatowych, confiture de lait, których to cenna zawartość przykryta była wieczkiem i osłonięta skrawkiem prowansalskiego czerwono-żółtego lub niebieskiego wzoru. Wszak tam właśnie można było zakupić niepowtarzalne mieszanki ziół prowansalskich i karafki oleju słonecznikowego, oliwy z oliwek z zatopioną niby w bursztynie gałązką żywego ziela. Tam można było zaopatrzyć się po niewygórowanej cenie w dobre wino stołowe i wódkę anyżkową, zwaną pastis.

Nina coraz głębiej wtapiała się w atmosferę Prowansji. Nimes, w którym mieszkała już od tylu miesięcy, należące formalnie do Langwedocji, swą przyrodą i kulturą potwierdzało jednak związek z krainą na wschód położoną, krainą prowansalską z jej marsylską stolicą.

W początkach września ośrodek nauki języków obcych wznowił swe kursy. Nina zjawiała się tam rano w każdy wtorek i czwartek. Autobus podwoził ją do centrum miasta i stąd o dziesięć minut piechotą znajdowała się typowa, w stylu południowym kamienica, otoczona murem, chroniącym w swym wnętrzu zacieniony drzewami ogród na dziedzińcu, a w jego głębi niewielkich kilka pomieszczeń, które służyły jako sale lekcyjne. Tu Nina poznała swe najbliższe koleżanki, dziewczęta przybyłe z różnych krajów głównie dla nauki lub doskonalenia języka francuskiego, a i z pewnością ciekawość świata i otwartość zachęciły je do tej decyzji.

Ósma rano. Wysiadając ze swego autobusu Nina dostrzegła kątem oka podjeżdżający na przystanek autobus linii "D". To w stronę stadionu - przebiegło jej przez głowę wspomnienie wyprawy do Stade des Costieres w początkach jej pobytu w Nimes. To było chyba gdzieś w połowie kwietnia. Wiosna południa Francji w pełni, upalne słońce i temperatury, które dawały Ninie złudzenie polskiego lata. Nina, zgodnie z jej umową o pracę, miała przepisowy jeden wolny dzień w tygodniu. Często, choć nie zawsze, układy z rodziną i potrzeby opieki nad dziećmi bywały różne, często więc bywała to niedziela. Wówczas decydowała się na całodniowe wyprawy po okolicy wraz z najbliższymi jej i posiadającymi samochód do dyspozycji, koleżankami. Tej jednak niedzieli Nina postanowiła wybrać się na słynny w okolicy Pchli Targ, Marché des Puces. Nina zawsze uwielbiała starocie. Rzadko kiedy było ją stać na zakup antyków, ponadto, nie posiadając jeszcze własnego mieszkania w Polsce nie pragnęła rzucać się w wir poszukiwań "tego jedynego mebla o odpowiednim kształcie i w odpowiednim stylu do jedynego w swym rodzaju miejsca, kąta, przestrzeni, mieszkania".

- Kiedyś, w przyszłości, tak być mogłoby - myślała. Pasjonująca rzecz, urządzać mieszkanie. Kreatywności na razie udawało jej się dać ujście jedynie w skromnym w możliwościach meblowaniu i dekorowaniu bibelotami, rycinami, tkaninami i kolorem jej pokoiku. Na pchlim targu jednak tak wiele drobiazgów, często sfatygowanych i starych, przyciągało Nininą uwagę. Za kilka franków udawało jej się zakupić maluteńkie figlarne lalki w strojach narodowych, lalki z porcelany, jak i zabytkowe, jednak tańsze znacznie niż te w drogich butikach z suwenirami, bo z drugiej ręki, santony, "santons", figurki gipsowe przybrane materiałem wyobrażające postaci z ludu, przedstawicieli różnych, nieistniejących już często, zawodów. Nina uwielbiała również buszować w stosach książek, nie tylko po francusku lecz i w obcych napisanych językach. Nieraz ze zdziwieniem odnajdywała stare i zakurzone powieści i przewodniki polskie. Ta poranna niedzielna (Nina wybrała się na stadion ruchliwy już od świtu, około godziny ósmej) kilkugodzinna wyprawa i błądzenie bez końca w zawiłych rzędach alejek, tworzonych przypadkowo i chaotycznie przez przekupniów różnej maści, rozkładających swe cuda na stolikach i na ceratach, płótnach wprost na ziemi zmęczyła w końcu Ninę. A jednak wciąż przyciągało jej uwagę i tchnęło egzotyką gwarne gaworzenie tłumu. Południe Francji było miejscem, które dla jego bliskości, przyciągało wielu, przybywających i żyjących tu często na kocią łapę, bez karty stałego pobytu, Arabów z Maroka i Algierii. Wielu zadomowiło się już w tych stronach, a ich dzieci uznawane były przecież za pełnoprawnych Francuzów, jako że urodziły się na ziemi francuskiej. Arabowie, "les beurres", jak ich nazywano, tworzyli barwny tłum kulturowo tak różny od Francuzów. Arabowie z pokolenia przybyłego z Afryki, pamiętający swą przeszłość, pragnęli zachować tradycje swego ludu, zawsze dla nich cenne. Taka zresztą była mentalność tych ludzi, tworzących w łonie narodu francuskiego odrębną, zwartą grupę ludzi. Dzieci ich ,wychowywane w szacunku dla języka i tradycji, odwracały się już jednak choćby od tych znamion przynależności do wspólnoty jakimi była religia, traktowana ortodoksyjnie. Ich bowiem podejście do wiary było już typowo francuskie, utylitarne i znacznie bardziej liberalne. Mówili biegle po francusku, bez akcentu, otrzymywali niejednokrotnie dobre wykształcenie, wciąż uważali się za muzułmanów, lecz jednocześnie odrzucali praktyczny aspekt wiary i zewnętrzne jej oznaki.

Nina w zamyśleniu spoglądała na tłum. Fascynowała ją ta różnorodna mieszanka kulturowa, jakiej nie miała okazji poznać w Polsce, niemal nudnej, tak jednolitej kulturowo. Około południa, gdy skwar był już nieznośny, Nina opuściła stadion, udając się w kierunku przystanku autobusowego. Próbowała ukryć się gdzieś pod dachem, w cieniu, lecz na nic. Przezroczyste szyby budki przystanku jedynie wzmagały palące promienie słońca, a wąska, wypukła ławka parzyła i nie pozwalała spocząć dłużej, niż minutę. Nina spojrzała w stronę stadionu. Obserwowała tłum opuszczający go powoli. Postrzegła nagle, że ktoś macha do niej dłonią, wychylony przez szybę samochodu. Był to młody Arab, przystojny i uśmiechający się uprzejmie. Zapraszał ją do swego auta. To byłoby najbardziej niemądre, co mogła uczynić, skusić się, wsiąść do samochodu. Ostrzegano ją przed tymi łatwymi kontaktami. Była jednak tak zmęczona...ostatecznie, cóż mogłoby się zdarzyć - pomyślała. Przyjęła więc propozycję. Tarik okazał się bardzo miłym chłopcem. Odwiózł ją , jakkolwiek okrężną wokół całego miasta, drogą, ponoć unikając korków, a może celowo próbując wyciągnąć Ninę na pogawędkę, jednak pod samą bramę domu. I tyle. Żadnej prośby o telefon. Nic, a jednak - spojrzała mu Nina w oczy i pomyślała - spotkamy się, czuję to...

To był właśnie ten człowiek, ten czuły, cudowny, troskliwy mężczyzna, którego towarzyszką była Nina przez szereg długich samotnych pierwszych miesięcy jej pobytu we Francji. A potem...potem trudno było odejść. Trudno, a jednak w końcu się stało...rozstanie.

Te wszystkie myśli przebiegały głowę Niny , gdy patrzyła na podjeżdżający autobus. Roztargniona i zamyślona niechcący niemal nie wpadła na mężczyznę, który przybiegłszy truchtem od strony ronda z fontanną na środku, zamierzał wskoczyć na schodki odjeżdżającego za chwilę autobusu. Nina nie zdążyła odezwać się nawet słowem. Sytuacja rozegrała się w mgnieniu oka, a i zaskoczenie spowodowało milczenie Niny. Mężczyzną był poznany owej letniej lipcowej nocy w Café Carré, Pierre. On, przytomniejszy wszakże, zdążył jeszcze tylko wcisnąć jej w rękę swą wizytówkę i krzyknął, wsiadając - zadzwoń proszę! Potem Nina, skinąwszy potakująco głową, patrzyła już tylko z uśmiechem w okno odjeżdżającego autobusu, gdzie widniała brodata twarz Pierre'a i machała ręką na pożegnanie. Nina poczuła, że wówczas rzeczywiście nadszedł moment zakończenia związku z Tarikiem. To był miły czas w jej życiu, lecz wiedziała, że tego mężczyzny nie kochała i nie mogła pokochać. Okazywana jej miłość budziła już w niej tylko niechęć w sercu i wyrzuty sumienia. Spotkanie z Pierrem sprawiło, że Nina poczuła się, jakby zdradzała mimowolnie Tarika - Czas już przerwać to...- postanawiała. A jednak minęło kilka dni. Nina zadzwoniła do Pierre'a. Umówili się na kawę w spoglądającej z góry na dachy miasta kafejce Carré d'Art, spędzili miło popołudnie, lecz nic ponadto. Pierre wyczuwał, że Nina nie była mu niechętna, lecz jakby przyczajona, niepewna. Związana słowem z kimś innym? Żadne z nich rozważnie nie dotykało tego tematu. Pierre postanowił czekać na jej ruch. Nina nie była w stanie go wykonać, kilkakrotnie mówiła już Tarikowi o jej decyzji odejścia, zerwania. Rozchodzili się na ...dni kilka. On dzwonił w końcu, prosił o mała chwilę spotkania, nieraz nieproszony oczekiwał na nią pod bramą domu w ciepłe poranki wtorkowe, gdy wybierała się na lekcje francuskiego. Rozciągnął swoją pajęczą sieć, nie pozwalał jej wyzwolić się ze swego uścisku. Jego miłość była zaborcza, zazdrosna, dusząca. Nina godziła się dla spokoju nerwów udawać, że są wciąż razem. On zabierał ją na przechadzki, spacery, do kawiarni, do kina. W niej zaś wszystko krzyczało - dosyć już, dosyć! - Pragnęła, rozpaczliwie pragnęła zakończenia tej smutnej historii. Opowiedziała mu o Piotrze. Jakże zraniła go. Tak, zachował się jak zraniony śmiertelnie samiec, zamknął się w sobie, odszedł bez słowa. To lubiła w nim Nina, tę dumę, tłumioną wściekłość i pozorny chłód zranionego samca. Nie zniżył się już później do prośby o kontakt z nią. Zamilkł telefon. Nina poczuła gorzko i samotnie swą odzyskaną wolność.

Opowiedziała Pierre'owi, dość ostrożnie i bez najmniejszych szczegółów swą historię. Wysłuchał. Zamyślił się. Uśmiechnął i pocałował ją. Ona się rozpłakała. Jakże był kochany jej Pierre. Jakże pragnęła być z nim coraz bliżej, dłużej częściej. Nie było to możliwe. Spotykali się w każdej wolnej chwili na mieście i w jego apartamencie. Nigdy jednak wieczorem, nigdy nocą. Nina nie miała żadnej możliwości powrotu do odległego na peryferiach domu, a on nie miał ani prawa jazdy, ani samochodu.

Czas płynął obok nich szybko, niezauważalnie. Zastała ich bezśnieżna zima, przewiana mistralem, którego przenikliwe podmuchy trudniejsze zdawały się do zniesienia, jak zimowe polskie mrozy. Nina tęskniła za widokiem wirujących płatków śniegu w porze zmroku, na tle rozproszonego światła latarni. Pragnęła powrotu i pragnęła zarazem pozostania. Opadły ją dylematy. Nadchodzący grudzień nie pozostawiał jej jednak wyboru. Dobiegł końca dziewięciomiesięczny jej pobyt i praca we Francji. Nina pożegnała przyjaciół, francuską rodzinę, pocałowała Pierre'a .On, patrząc na nią miał w głowie wspomnienie ich jedynej wspólnej, ostatniej przed wyjazdem Niny, nocy, którą ta zdecydowała się spędzić w jego apartamencie w centrum Nimes.

Podróż powrotna owiana była smutkiem. Krajobraz zmieniał się z biegiem kilometrów w coraz bardziej  zimowy i śnieżny. Zima, zima...
 

 początek

Rozdział V

I znów ten dobry stary Nowy Świat...



 
 

Zima, zima...Jak cudownie jest znów znaleźć się w Warszawie zaśnieżonej wyjątkowo obficie tej grudniowej zimy 1996. Jak cudownie jest znów odetchnąć mroźnym powietrzem i uroczystym nastrojem zbliżających się Bożonarodzeniowych świąt, odczuwać dziecinną radość na widok wysokich choinek, oświetlonych ulic i zabudowań centrum miasta, uroczych w ich staroświeckim kształcie lamp alei Nowego Światu i Krakowskiego Przedmieścia. Nina przemierzała szybkim krokiem dobrze znane sobie miasto. Chmielna. Właściwie niewiele tu zmian. Kilka sklepów zmieniło wystrój, asortyment i właścicieli. Pojawiło się kilka nowych. Jak zwykle deptak zaludniały "anioły" męskie i żeńskie usiłujące tanio sprzedać swe świąteczne opłatki. Obok nich dzieci, przymilnie zagadując przechodniów, próbowały pozbyć się stosu kart świątecznych za "co łaska". Ninie żal zrobiło się zmarzniętego, z czerwonym od mrozu nosem, małego chłopca. - " Ile ci zostało do sprzedania?" - "Dziesięć, proszę pani" - odpowiedział mały. - "Biorę wszystkie a ty zmykaj już do domu." - Wcisnęła mu dziesiątkę do ręki i roześmiała się naciągając żartobliwie śmieszną czapkę z daszkiem na nos chłopca. - "Dziękuję, psze pani!" - Krzyknął mały, uśmiechnął się, odwrócił i pobiegł Chmielną w stronę Śródmieścia. Nina wkrótce straciła go z oczu. - Zabawne - pomyślała. Przelotnie spojrzała na znajdujący się po prawej sklep z zegarami. Oooj! Już po siódmej! Jestem spóźniona. - zaniepokoiła się i ruszyła szybko przed siebie. Nina lubiła przychodzić pierwsza na spotkanie z przyjaciółkami w kawiarni. Dostrzegała już z daleka światła w niskich dużych oknach mieszczącego się u zbiegu Świętokrzyskiej, Nowego Światu i Krakowskiego Przedmieścia kafejkę. Od jakiegoś czasu tak właśnie, przekornie nazywała to ulubione trzech kobiet miejsce spotkań, choć w istocie te dwie przestronne sale z trudnością można porównać do paryskich, na przykład, uroczych kawiarenek. Jakże brakowało Ninie nastroju zwłaszcza tych, mikroskopijnych nieraz, z przylepionym na pół szerokości chodnika tarasami w plenerze. Nie znajdzie nikt tej charakterystycznej, francuskiej atmosfery w nieciekawej, w gruncie rzeczy, industrialnej, coraz bardziej nowoczesnej Warszawie powojennej.

Nina weszła do zatłoczonej, jak zwykle o tej porze, pierwszej sali. Ha! Czyżby jeszcze ani Natalia ani Nicole nie dotarły na miejsce? Po chwili dostrzegła jednak machającą do niej z głębi sali Nicole. - Cóż, moja droga, najwyraźniej zmieniłaś przyzwyczajenia! Dziesięć minut spóźnienia? - Przywitała ją z uśmiechem Natalia. - Wyglądasz ślicznie - dodała, całując ją Nicole. - Och, jakże długo się nie wiedziałyśmy! Czyż to nie cudownie znów znaleźć się razem w Nowym Świecie? - dodała. Nina usiadła. Wszystkie zamówiły w końcu mała moccę. Przez chwilę smakowały ją w ciszy. Dobrze było znów spotkać się w ich ulubionej kafejce warszawskiej. Widziały się przed pół rokiem. Ta nieobecność sprawiła, że żadna nie miała ochoty pierwsza rozpocząć zwierzeń. Nina zrobiła pierwszy krok. Odmalowała im swą sytuację. Opisała Pierre'a. Przyjaciółki wysłuchały z zaciekawieniem jej historii, jednak gdy Nina skończyła mówić, powstały w ich głowach pytania, których nie pragnęły wypowiadać na głos, nie chcąc urazić przyjaciółki. Nina jednak sama zaczęła zastanawiać się nad losem i przyszłością swego związku. Jakże wierzyła jednak wówczas w jego trwałość, jak żywa i silna zdawała się być jej miłość do Pierre'a. Czekało ją jednak jeszcze długie kilkanaście miesięcy do momentu ukończenia studiów. Wiele rzeczy miało się jeszcze wydarzyć w jej życiu, które całkowicie zmieniły jej uczucia i plany.
 

 Początek
rozdz.6-10
rozdz.11-15
rozdz.16-20
rozdz.21-25