[powrót/home page/page initiale]
  [historia II][historia III]

 

historie niemożliwe
historie niespełnialne









to ona jest
bezimienna
ona jest
wszystkim i niczym
realnością i ułudą
nadzieja i rozczarowaniem
kreacja wirtualną i realną osobą
jest i nie ma jej
to ona
wirtualne wcielenie
ludzkich
męskich
kobiecych
fantazji pragnień snów
 
 

 


 
Historia I

m u z y k a

obraz

słowo

Haja o que Houver

Haja o que houver
eu estou aqui
Haja o que houver
espero por ti
Volta no vento
O` meu amor
volta depressa
por favor

Há quanto tempo
já esqueci
Porque fiquei
Longa de ti
Cada momento
é pior
Volta no vento
Por favor

Eu sei, eu sei
Quem és para mim
Haja o que houver
espero por ti

[P.A.Magathaes, wyk.Madredeus]


Gwar dziecięcych głosów. Słońce wdziera się do małej ciemnej klitki na piętrze. Obnaża brudne ściany, odrapane, podarte nędzne resztki kolorowej kiedyś tapety. Mężczyzna przykryty po sam nos kołdrą bez poszwy wyciągnął się na metalowym na dawną modłę starym łóżku. Jeszcze nie obudził go gwar, nie wyrwały ze snu dziecięce głosy dochodzące z podwórza, śni jeszcze o niedawno odbytej podróży wskroś Europy. Niemcy, Holandia, Belgia, Francja, Hiszpania...i w końcu kraniec starego świata, kraniec otwartej Europy, Lizbona. Dochodził go skądiś odległy,  przytłumiony, jakby spoza wielu zamkniętych drzwi, głos śpiewającej kobiety. Cudny głos. Tak czysty, rześki, jasny...
Jeszcze długo po skończonym filmie pozostawał w jej głowie ten cudowny głos. Nie rozumiała słów wypowiadanych po portugalsku. Domyślała się ich sensu. Wiedziała, że śpiewaczka miała na imię Teresa, zespół, który tworzyła wraz z muzykami to Madredeus. Po zakończonym seansie młoda kobieta błądziła jeszcze długo ulicami wschodniej stolicy, mając w głowie słoneczny obraz Lizbony i tych kilka scen, które, jak dziwaczny zlepek utkwiły w jej pamięci wizualnej. Zamknięty pokój, którego ciemności rozproszyły jedynie wdzierające się ukradkiem szparami w drewnianych okiennicach promienie słoneczne i nieproszona muzyka ..i gwar dziecięcy. Nie mogły się oczy przyzwyczaić do kontrastu obrazów, tego w wyobraźni, zalanego jasnością i ciepłem, i realnego, który obnażał nędzne resztki odchodzącej zimy.  Nie lubiła Warszawy. Miasto potrafiło ukazać swój urok, lecz nie o tej, przedwiosennej porze roku. Gdy w centralnej Polsce jeszcze zimno i nie zielenią się drzewa, w Portugalii wiosna zapewne zakwitała już w pełni.  Obsesyjnie powracała myśl o Lizbonie...Nie dziwiła się fascynacji Wendersa tym miastem...Pociągało. Dla mieszkańca  środkowej Europy to mógł być już skrawek egzotyki...Obserwować miasto, filmować je, podsłuchiwać...To właśnie robił, on...Wenders, on, twórca dźwięku, bohater...Imię? już  nie była w stanie sobie przypomnieć. Ostatecznie nie postaci z imienia i nazwiska są ważne, lecz to, co im się przytrafia...Miała ochotę usiąść i zacząć pisać...o Lizbonie, nie o Lizbonie, może o Warszawie, może o...

Pomyślał o córce. Nie  widział jej od  tygodnia.  Dzień spotkania miał nastąpić dopiero w przyszłym tygodniu.  Co dwa tygodnie...takie było orzeczenie sądu. Nic nie miał do powiedzenia. Wiedział, że Natalia ciężko znosiła rozstanie, ich rozwód.  Cóż, Cristina niewątpliwie dobrze się małą opiekowała. Nie brakowało jej niczego...Brakowało jej ojca...Głupie myśli – żachnął się – doprowadzało go do szału przemyśliwanie całej sprawy od początku i od początku.  Analizował każdy szczegół swojego zachowania, jej zachowania...Przypominał sobie każdą najbardziej błahą kłótnię z Cristine, każdą najmniej znaczącą sytuację...  czemu, czemu byłeś takim głupcem, Carlos? Nie mógł sobie darować utraty córki. Nigdy nie wyobrażał sobie, że tak bardzo będzie mu małej Nathy brakować.  Nie kochał już żony, wiedział, że rozwód był decyzją najlepszą z możliwych, lecz spoglądając w twarz Natalii i tak za każdym razem zadawał sobie obsesyjne pytanie – czy tak ? czy to była dobra decyzja? czy jedyna z możliwych? Niejednokrotnie zastanawiał się jak postrzega jego zachowanie to dziecko...Być może spoglądała tak, jak on kiedyś...w dzieciństwie, spoglądał  na swojego ojca... To skojarzenie powracało. Odrzucał je, bo raniło, ale ono uparcie i wciąż uparciej  powracało ku  niemu.  ... Jakaś ciemna przestrzeń ogrodu, zacieniona koronami wysokich drzew. Dom na przedmieściach Lizbony...  Wygodny dom, duży, obszerny. Bogaci ludzie. Jego rodzice. Już jako dziecko wiedział, że ojciec jego ma dobrą posadę prawnika i  świetną pensję... Stanęła mu przed oczami pociągła śniada twarz ojca.  Był przystojnym mężczyzną. Typowa latynoska uroda, ciemne włosy i oczy... Pamięta jednak, że bał  się spojrzeć w tę twarz, gdy pozbawiona była uśmiechu...  Bał się... 
Wielu kolegów mówiło, że ma surowych ojców, wielu pokazywało w szkolnej szatni lub w rozbieralni  tuż przed godziną ćwiczeń sportowych jakie to cięgi oberwali od ojców i za jakie to wyrafinowane szczenięce przestępstwa.  On też...a jednak nie przyznawał  się, że baty dostawał najczęściej od surowej opiekunki.  Ojciec nie stosował nigdy kar cielesnych a jednak ile by jego syn dał  by wysublimowany ojcowski system karania zamienić na porządne codzienne lanie! Wiedział, że każdy chłopięcy grzech odpokutować musiał będzie w dniu święta... Jakiegokolwiek tradycyjnie i z założenia radosnego święta, które zazwyczaj powinno nieść równie radosną obietnicę stosu prezentów... Tymczasem jego Boże Narodzenie, jego urodziny, imieniny... były bez znaczenia.... Chłodnym tonem wypowiadane życzenia, posiłek w  ciszy. Nigdy nie zapomni wyrazu twarzy matki, która potajemnie robiła mu prezenty w wigilię Narodzin Chrystusa,  która w dniu jego urodzin  wtykała mu pod poduszkę pieniądze na upatrzone cudo... Potajemnie, bo ojciec nie zwykł akceptować nagradzania prezentami dziecka, które odbywało swoją karę. 
Chłopiec najlepiej czuł się poza domem, na otwartych osłonecznionych podwórzach starej Lizbony... Nigdy nie wracał po szkole do domu, włóczył się z kolegami. Pokochał to miasto, nie jego snobistyczne rozpościerające się poza centrum dzielnice, lecz tę starą część Lizbony, wąskie uliczki,  którymi , zdawałoby się,  z trudnością przeciska się stary tramwaj swoim charakterystycznym krętym dżdżownicowatym ruchem... 
Ale Nathalia jego była inna. Spokojna, odrobinę nieśmiała lecz tak samo ciekawska i spragniona wrażeń i nowości... Uwielbiał ją,  rozpieszczał prezentami, które tyle co jej sprawiały jemu radości, pragnąc jakby w dwójnasób  nagrodzić i sobie własny niemiły czas dzieciństwa i jej... nieobecności ojca w domu i niedotrzymane obietnice...
Uniknął niewątpliwie jednego ojcowskiego błędu lecz nie uchronił się przed drugim.  Tak jak on potrafił  spędzać długie godziny w biurze, dzień cały boży, nie poświęcając ani jednej myśli rodzinie. Nawyk. Nawyk pracy. Pracoholizm. Nawyk nadmiaru pracy. Wszystko w końcu stało się nawykiem. Jego życie wypełniło się nawykami.  Późne powroty, pocałunek dla Nathy... przez sen..., seks ... w półśnie,  w środku nocy, gdy on powracał, gdy żona spała, nad ranem... Zaczynał to lubić. Ona nie. Uważał za normalne. Cristine nie. Pamiętał ich wspólne ostre kłótnie. Wybuchały zazwyczaj, w weekendowe poranki, gdy Nathy była na lekcjach baletu a oni dwoje razem w domu. Nie pamiętał już tych pierwszych wspólnych szczęśliwych dni ich związku. Odeszły, zasnute głęboko pajęczyną niepamięci, przyszarzały pod natłokiem gorzkich słów, agresywnych gestów, milczenia pełnego żalu i rozgoryczenia. 
Jak niesprawiedliwa była nieraz dla niego. Pracował ponad siły. Ona widziała tylko efekt uboczny, jego nieobecność całe dnie...noce, weekendy nawet... W ten sobotni poranek, było lato, pamiętał, początek lata, może czerwiec... Zmuszał myśli by dryfowały wokół osoby jego córeczki, to był jedyny sposób, by zachować cierpliwość i spokój. Cristine! Jakże potrafiła być męcząca! Jej nieustanne wymówki, jej paplanina właśnie wówczas, gdy najbardziej potrzebował spokoju, właśnie wówczas, gdy miał ochotę odciąć się od całego świata. Odgrodzić się. Zniknąć. Pomyśleć. Widział żywo przed oczami scenę....Poranne słońce, jeszcze nieśmiało lecz już przypieka...Cristine wyskoczyła z łóżka, potem śniadanie, zawiozła małą do pobliskiej szkoły tańca...,po kilkunastu minutach dostrzegł ją już w progu. Stała spoglądając na niego w milczeniu, jadł śniadanie, zaproponował kawę, odmówiła, usiadła przy nim ...zaczęła opowiadanie. Smutnawo, cierpko, posypały się różne słowa, jakieś-dawno-dane jej obietnice, których teraz wykonania domagała się...Nie odpowiadał. Zasklepiał się w sobie, coraz głębiej. - Cristine, nie teraz , proszę, daj mi spokojnie przeczytać gazetę, pomyśleć, pomilczeć... - poprosił. Nie zrozumiała. Jeszcze raz potok wyrzutów. - Dlaczego teraz? dlaczego w chwili gdy są sami we dwoje on chce być sam na sam... - Cóż mógł odpowiedzieć. Nie było odpowiedzi. Starał się nie słuchać, starał się... W końcu, jednym gestem odłożył gazetę, odsunął niedopitą kawę, wyszedł z kuchni.... Nie spojrzał za siebie, lecz wiedział, że oczy Cristine musiały już napełnić się łzami...Nie potrafił zmusić się do powrotu. Nie umiał przepraszać...Wyobrażał sobie jej myśli, jej zachowanie...

-Co się stało, mamusiu?- Nathy dostrzegła pospiesznie ocierane chusteczką łzy Cristine.  Córka czekała już na nią przed wyjściem ze szkoły.  Spóźniła się...Nie mogła pozbierać myśli  po kolejnym spięciu z Carlosem tego ranka.
-Nic, nic kochanie... Opowiadaj, jak było.  ... 
-Dobrze było, mamusiu, niedługo zacznę uczyć się pas de deux. Dziś pani mnie pochwaliła... – Cristine uśmiechnęła się spoglądając na córkę. Mała miała te same ciemne błyszczące wielkie oczy, czarne włosy krótko przystrzyżone. Cristine nie lubiła długich włosów u dzieci.  Jeśli zechce, kiedyś Nathy będzie mogła mieć tak długie jak mama, splecione na karku, gładko opływające  pociągłą  twarz...Kiedyś, gdy zostanie prawdziwą primabaleriną...Cristine wróciła myślą ku dręczącemu ją tematowi. Carlos. Czy miał sens ich związek? Czuła się coraz bardziej psychicznie zmęczona. Czuła jak rzeczywistość wymyka się jej spod kontroli. Carlos...Właśnie wówczas gdy go najbardziej potrzebowała, jego męskiej decyzji, jego męskiego wsparcia, nie było go...Jego ciągłe przedłużające się nieobecności  w domu, jego praca ponad standardowe osiem godzin, praca ponad siły,  była przyczyną jej rozterek i żalu...Wiedziała, że pracował ciężko, że zarabiał dobrze. Cudownie, lecz ona pragnęła jego obecności.  Była cierpliwa, przez tyle lat była cierpliwa...Już basta – buntowała się. ..Pamiętała szczęśliwe chwile, które spędzili wspólnie. Jeszcze teraz z rzadka zdarzało się im wspólnie spokojnie spędzić wolny czas. Pomyślała o niedawnym sobotnim wieczorze,  kiedy to wybrali się na koncert Madredeus.  Cudowny koncert, cudowna muzyka. Łączyły ich jeszcze wspólne pasje, lecz to w końcu  tak niewiele...Niewiele...To, co najistotniejsze dla niej samej, dla Nathalie dawno już uleciało z tego związku...zauważalna i potrzebna obecność mężczyzny. 
 

 Ale jednak...Ten wieczór był niezapomniany. Koncert Madredeus, wprawiający w ekstazę głos Teresy, muzyka, potem kolacja z żoną przy świecach w żydowskiej restauracji. 
Był zauroczony piękną Teresą. Nie odrywał oczu od jej ocienionego samotnego kształtu na środku sceny i od jej w świetle reflektora wyraźnej pociągłej twarzy, w której wyraziście zaznaczały się ciemno oprawione oczy. Jej pieśni, bo nie można tych utworów było nazwać piosenkami, zaczynane były każda z odmiennym rodzajem ekspresji.  Wyśpiewywana każda kolejna fraza podkreślana była dumnym uniesieniem głowy. Ta kobieta po prostu potrafiła być tak piękna jak piękne było jej śpiewanie... Zabawne, jak bardzo uderzyło go tego wieczoru ich podobieństwo, podobieństwo tych dwu kobiet, Teresy i Cristine...
Sobota. Miasto żyło gwarnym tłumem mieszkańców. Grupki ludzi włócząc się uliczkami po zakończonym filmie czy koncercie niespiesznie poszukiwały odpowiedniego miejsca dla skonsumowania kolacji. Zajrzeli na przystań, w bliskości morza, ciągnęły się rzesze restauracyjek. Otwarte na morze i na ulicę, jedynie dachem chronione tarasy...Skusiły ich dźwięki żydowskiej małej kapeli we wnętrzu jednej z restauracji. Weszli. Miły czysty głos młodej kobiety wypełniał przestrzeń pomieszczenia...usiedli przy jednym z dalszych stolików pod oszklonym dachem, słuchali dźwięków niezrozumiałych dla nich słów...
-Czy nie sądzisz, że ta muzyka niezwykle przypomina pieśni Teresy? 
-Yhmm, być może, 
-Czyżby podobne inspiracje? 
-Okruchy żydowskiej kultury...Spadek po hiszpańskich sąsiadach - uśmiechnęła się ironicznie - daj spokój temu... Czy nie powinniśmy raczej porozmawiać o nas? o naszym związku? Carlos! Spójrz na mnie! Czy interesuję cię jeszcze to, co ja czuję? Czy ty mnie wciąż jeszcze kochasz? Carlos ... Nie widzisz, że to nie ma sensu? Ja...tak dłużej nie mogę...nie mogę... – schyliła głowę.
-Przestań, proszę, dobrze wiem, musimy porozmawiać o tym, ale...nie róbmy tego teraz... Porozmawiamy dziś w domu, ok? Czy ja cię kocham...Myślę...
-Już nic nie jest takie samo i uczucia też nie ma...Dobrze, nie musisz odpowiadać mi na to pytanie. Znam odpowiedź.
-Nie, nie znasz jej,...sam jej nie znam...
-Oszukujesz się, Carlos, spójrz wokół siebie, spójrz na swoje życie! Praca, praca, koledzy z pracy! To jest jakieś bagno, które cię wciąga! – znowu się zamykasz, milczenie...dobrze, nie musimy o tym mówić teraz. Porozmawiamy w domu. Tej obietnicy musisz dotrzymać. Już czas coś postanowić... Ja tak dalej żyć nie mogę i ...Nathalie ...też nie...
-Nathalie...tak , porozmawiamy w domu... Masz tak piękną twarz Cristine... – piękną – pomyślał - ale to prawda, że już nie wzbudza ona we mnie czułości. Wywietrzało coś we mnie...Wywietrzało...pusty jestem w środku...Oh, Cristine, żeby tak móc odwrócić bieg czasu...
 

 To wszystko już  przeszłość. Udało im się w ciągu tych kilkunastu miesięcy obojgu poukładać jakoś własne życie, jedno z dala od drugiego.  Wciągało go coraz bardziej środowisko profesjonalne, wciąż utrzymywał kontakt z firmą, w której pracował niegdyś. Niezdrowy kontakt. Na wspomnienie tamtych nie do końca wyjaśnionych komplikacji finansowych dostawał gęsiej skórki. Miał się na baczności, lecz ..trybu życia nie zmienił...Pozostawał już bez najmniejszych wyrzutów sumienia w biurze, do późnych godzin nocnych...Kto czekał na  niego w domu? Nikt...pustka pomieszczeń i cisza.  Jego dwa czarne koty, które i tak chodziły jedynie sobie wiadomymi drogami...Cristine nie powróciła, nie pragnął przecież jej powrotu...Tak było mu lepiej, wygodniej...
Właśnie jednego z tych późnych zimowych wieczorów, to musiał być grudzień 1999 roku..., gdy pozostawał w biurze, czekając na kolegów, z którymi tuz przed północą miał wybrać się na kolację, poznał  tę kobietę...Poznał? To ciekawe określenie, właściwie nie znał jej wciąż jeszcze wtedy, nie widział, ale już była mu dziwnie bliska.  Rzeczywistość wirtualna. To ona kreowała niewątpliwie to szczególne wrażenie bliskości tych, którzy są o tysiące kilometrów od nas...Ona, mała blondyneczka, Słowianka, o miłym uśmiechu, nieśmiałej ekspresji rysów i oczach zabawnie skośnych jak u Chinki,  gdy  półprzymknięte miała powieki. Było już po jedenastej, gdy połączył się z internetem. ICQ, zabawny program który pozwalał kontaktować się z ludźmi z całego świata. Wysłał list do kogokolwiek w przestrzeni wirtualnej,  jakiego bądź random usera..., wysłał list który trafił do niej...Nie chciała z nim rozmawiać, późna pora...A jednak pozostała online i rozmowa ich trwała ponad godzinę. Dawno z nikim tak szczerze tak miło mu się nie rozmawiało...To była urocza osóbka.. Powrócił następnego dnia i później... Pozostawali w kontakcie. Minął miesiąc i zapragnęli w końcu się spotkać. .....U niej. W jej kraju...To dziwaczne szare miasto, jakby przekłute przez środek boleśnie budowlą wysoką i szarą, brudną, podobno to pałac....kultury i nauki...Może i tak..., było mu to w sumie obojętne...Cholernie zimno było w tym północnoeuropejskim mieście, zima bezśnieżna.. Ona...Yhhm...ładna kobieta, ładniutka,  tylko dwa dni w hotelu, sami, razem... Ile tygodni później prześladował go jeszcze obraz jej,  nagiej,  nad nim, pochylającej się do pocałunku, jej nagiej nad nim w monotonnym ruchu ... przypływania i odpływania... Tęsknił już za nią. ... Pragnął znów zobaczyć, dotknąć, przytulić, kochać się z nią, być... Ile razy jednak opadały go już wątpliwości. Rzeczywistość wirtualna daleka była od realnej... Nie zapomni nigdy jej wzroku, jaki przywitała go na lotnisku. Było w nim coś na kształt ...rozczarowania. Nie potrafił zmusić jej później, by opowiedziała swe wrażenie , zresztą czy byłoby to dobre.. może tylko bolesne dla nich obojga. On również wyobrażał sobie ją nieco inaczej. Żadne z nich nie wysłało przecież aktualnego zdjęcia. Aktualnego nie było, a może po prostu z obawy...Nie jest łatwa konfrontacja z rzeczywistością...
Miłe było pierwsze spotkanie, równie ciekawie zapowiadało się ich spotkanie drugie. Planowali je w styczniu , nie doszło do skutku...Sam zamierzał zorganizować rendez-vous w dniu świętego Walentego...Im intensywniej jednak myślał jednak o tym dziwnym związku, tym większe opadały go wątpliwości. Rozmawiali online, rozmawiali poważnie, bo i oboje poważne mieli zamiary, lecz jednocześnie pobrzmiewały w jego głowie fragmenty dyskusji z Cristine, tej ostatniej, decydującej... Pamiętał swoje krótkie uwagi, swoje racje, jej wyrzuty, jej racje...Pobrzmiewał mu w głowie tamten uparty dźwięk dobiegającej z ulicy muzyki, dźwięczny, momentami zbliżony do szeptu głos Cristine, która wciąż nasłuchiwała, czy nie budzi się mała Nathy...
-Śpi, sprawdziłem...
-Yhmm... Widzisz, czy czasem nie zastanawiałeś się ku czemu zmierza twoje życie? – powróciła do urwanego tematu Cristine – moje zdaje się ostatnio tak puste...Na szczęście jest Nathalie. Ona jest najważniejsza, ale może to moje kobiece spojrzenie.
-Nie bądź niesprawiedliwa, wiesz, że bardzo kocham Nathalie. Patrzysz na sprawę jednostronnie. ty się nią opiekujesz, zgoda, jesteś z nią, tak... Nigdy przecież nie wyrzucałem ci faktu, że zarabiasz mało, , mogłaś w ogóle nie pracować czyż nie? Zawsze dążyłem do tego, by utrzymanie domu było jedynie moją odpowiedzialnością,  ty  dzięki temu mogłaś opiekować się  małą. 
-Tak tak, oczywiście – rzuciła zgryźliwie – Ale czy pamiętasz? Nasze pierwsze wspólne lata..., zarabiałeś dużo, pracowałeś mniej. Czy bardziej ci na mnie zależało? Byłam ważna dla ciebie, ważniejsza niż praca?
-Cristine, zarabiałem wtedy dużo mniej i  mniejsza była moja odpowiedzialność. Nigdy o tym nie mówiłem. Nie lubię rozmawiać o pracy. 
-wiem..
-Wiesz, i wiesz, jeśli zaobserwowałaś, że im więcej problemów tym moje milczenie jest częstsze.
-Yhhm...Trudno mi nieraz odgadnąć przyczynę twojego milczenia, Carlos. Niełatwo jest się pozbyć wrażenia, że jesteś zły na mnie. Na mnie właśnie kumuluje się twoja złość. ..
-To być może prawda, jest mi naprawdę przykro, że wszystko to potoczyło się w tak przykry sposób.
-Carlos,  nie czas na żal. Oczekuję od ciebie podjęcia decyzji. ..Masz problemy w firmie...Tak? Wiem, ale musisz sobie sam z tym poradzić. Nigdy zresztą nie potrafiłeś przyjąć ode mnie pomocy, od nikogo...Ja chcę jedynie uchronić Nathalie przed stresem jaki budzi twoja nerwowa obecność w domu. Nie ma cię cały dzień, gdy jesteś...nie otrzymujemy nic poza gniewnym podejrzliwym milczeniem...Carlos, czy nie tak? 
-Co chcesz bym odpowiedział? – uniósł się – Nie masz bladego pojęcia o sprawach, które mnie nurtują. Nigdy nie mogłem ci nic powiedzieć. Dobrze.. może nie chciałem, i tak nie miałoby by to sensu... Ale liczyłem na jakieś zrozumienie, wyrozumiałość, cierpliwość, ty potrafiłaś zarzucać mnie jedynie swoimi błahostkami i żądaniami w najmniej odpowiednim momencie. 
-Jak możesz ... – miała łzy w oczach
-Cristine, nie oczekuję od ciebie wyrozumiałości. Masz w jakimś sensie rację. Jednak czuję, że te sprawy zaszły już w tej chwili za daleko. Mam rzeczywiste problemy w firmie – westchnął schylając głowę – to kwestia dużych pieniędzy  i dużej odpowiedzialności... Muszę być twardy psychicznie, by nie dać się wciągnąć w to bagno., a jednak..
-widzę jak ono cię wciąga – dokończyła – ja cię wciąż kocham, Carlos, ale dla dobra naszego związku i naszej Nathy...postanowiłam wyprowadzić się do apartamentu moich rodziców. 
-Cristine..
-Poradzę sobie. Radzę sobie sama od dłuższego już czasu...Nie ma cię, czego ode mnie oczekiwałeś? Przywykłam radzić sobie sama.
Milczał... 
-Carlos? 
-Daj mi znać gdy czegoś będziesz potrzebować... Usiadł zmęczony, dotychczas oboje stali ... Kuchenny stół, okrągły duży, wsparł na nim łokcie,  ukrył głowę w dłoniach...Miał taką ogromną potrzebę łez, płaczu...Lecz nie potrafił, wiedział,, że nie potrafi...Nic nie przynosiło mu ulgi, każdy problem  dusił wewnątrz, zatruwał się od wewnątrz... Tak po prostu było, zawsze tak było w jego życiu, od lat najmłodszych...Cristine stała oparta o szafkę, spoglądała w milczeniu na niego...Nie mógł znieść jej badawczego współczującego wzroku... Może był to zresztą wzrok pełen rozpaczy? Nigdy nie potrafił prawidłowo rozeznać jej myśli, jej  intencji...Nie kochał jej, nie kochał już...myśl o utracie Nathy...nie chciał o tym myśleć, to jeszcze nic , jeszcze nic się nie stało...to tylko te kilka miesięcy aby wyprostować sprawy profesjonalne – pocieszał się...oszukiwał się... 
... Powrócił myślą do teraźniejszości,  na ekranie okna dialogowego uparcie pojawiały się te same słowa: jesteś tam? hallo! jesteś tam wciąż Carlos? jesteś? ... are u there? are u? Wzywała go kobieta zza kilku granic narodowych ponad przestrzenią kilku tysięcy kilometrów... 
-Tak, jestem, przepraszam cię, zamyśliłem się. 
W porządku, tylko powiedz mi, prosze gdy będziesz odchodził.. Nie chcę sterczeć tu przed ekranem jak idiotka gdy ciebie już nie ma! Nieraz połączenie jest tak słabe, że zupełnie nie wiem, czy w ogóle dostajesz moje wiadomości.. a teraz...ogromnie wolno pojawia mi się na ekranie twój tekst. Shit, to jednak tak sztuczny kontakt, Carlos... Kiedy znów będziemy mogli zobaczyć się w rzeczywistości... niewirtualnej... 
-Nie wiem, kochanie...
Rozmawiali jeszcze chwilę, lecz on wciąż uciekał myślami, długo kazał jej czekać na swe odpowiedzi...Myśl o dawnej  kłótni z żoną zwarzyła mu humor, zasiała wątpliwości...’Czy to rzeczywiście ma sens? Kolejny związek...Czy będzie szczęśliwy?’ Wiedział, że przyszłość pozostanie zwierciadlanym odbiciem przeszłości o ile on sam....sam swego życie nie zmieni... ‘Where are u? Już zasnąłeś nad ekranem? – dostrzegł żartobliwe słowa kobiety, lecz  wiedział, że jest rozżalona i zła...

 Och, ile można czekać na odpowiedź? Carlos! Jesteś okrutny...zresztą czy ja wiem, to może być równie dobrze wina połączenia. Czuję się tak zależna od techniki...Cały ten świat wirtualny wciąga i uzależnia. Zdaje się początkowo, że ułatwia. To prawda. Pozwala poznać tych, którzy  żyją daleko stąd, rozszerza horyzont myślowy, horyzont postrzegania i wrażliwości...Niewątpliwie, ale rzeczywistość pozostaje rzeczywistością. Boże! Czy kiedykolwiek ludzie pozbędą się pragnienia dotykania, czucia i po prostu bycia obok siebie? Znajdzie się techniczne rozwiązanie problemu...Ale wszystko to i tak.. sztuczne...złudne. Lecz fakt, że poznałam go nie jest iluzją. Chcę z nim być. Pragnę go. Nie za pośrednictwem cholernego internetu! Pragnę cię dotknąć, Carlos, objąć , przytulić się do ciebie...Kurka , rozklejam się...Powinnam już zejść offline. Znów pewnie fire wall przeciął połączenie. Nawet nie zauważyłam. ...Żeby tak po prostu rzucić wszystko i wyjechać, być z nim...Żadne z nas sobie na to nie pozwoli. Nie. A ja...wciąż mam poczucie, że go nie znam. Tyle rozmów było między nami, tyle słów... i spotkanie. Tego wrażenia nie da się oszukać. Wszystko  jest możliwe wirtualnie, wszystko się wydaje, każde kłamstwo, obłuda zawoalowanie... zostaje odkryte w konfrontacji z rzeczywistością. I...przetrwaliśmy. Dziwne. Jak mogę być pewna, że to on jest mężczyzną dla mnie ...na długie lata...Słowiański charakter w zetknięciu z latynoskim temperamentem...Co za dziwaczną mieszkankę to stworzy. Mieszkanka w postaci ślicznego śniadego czarnowłosego jasnookiego bébé, baby, bobasa....Ha ha! Czasem tak bardzo się tego boję...Ufam mu. Muszę mu zaufać, nie wiem jak inaczej wyobrazić sobie życie w obcym kraju, którego kultury ani języka nie znam. Ah, czy nie popełniasz właśnie gigantycznego głupstwa, moja droga? Ciichoo...ciii, jeszcze nikt nie powiedział ostatniego słowa. Wiem jednak, że jeśli nie zdecyduję się na ten krok, zawsze będę tego żałować... 
 Jest już po północy. Pięknie. A jutro poniedziałek i szósta rano muszę otworzyć oczy...Muszę! Może jakiś list? Nie wierzę, że Carlos odszedł bez słowa. Yhhmm...kocham go za to...Dłuugi list. Zabawne jak różnie piszą kobiety jak różnie mężczyźni. No, może odrobinę generalizuję...Ale, ha ha, Carlos zawsze pisze tak, jakby tworzył dla mnie wiersz, krótkie wersy, krótkie zdania, całość frazy w jednej linii...poemat , taki długi poemat, podczas gdy ja niezmiennie piszę frazą ciągła, ooch, tworzę prozę...Wypełnianie tekstem przestrzeni strony aż do jej krańca, zawija się sama...Proza...sformatowana. Ot, różnica być może taka między umysłem ścisłym, i humanistycznym, analiza i synteza,  a może na odwrót?
Ah, ten list...
I am sorry...Czekałem przed ekranem peceta przez około pół godziny, lecz połączenie było bardzo złe. Trudno mi było wysłać jakąkolwiek wiadomość przez ICQ. Wiesz..., nie lubię pisać dużo... -  wyobrażała sobie jego półzakłopotany półżartobliwy wyraz  twarzy i sama się uśmiechnęła – Ale widać ekran peceta, do którego byłem przykuty jakby, hipnotyzował mnie i prowokował wspomnienia...Pamiętasz...poznaliśmy się w grudniu, nie wiem jaka była to dokładnie data. Ty z pewnością wiesz...lecz grudzień 1999 roku. Mija miesiąc naszej znajomości, czyż nie? Ale nie to wspomnienie miałem na myśli. Ty, ty jesteś moją teraźniejszością...moją przyszłością. 
 W styczniu minie rok od rozstania z Cristine. Byłem wtedy w wielkich finansowych kłopotach. Zresztą to była zawikłana, ciemna afera. Ciągnęła się miesiącami. Byłem jedną z osób w firmie na odpowiednio odpowiedzialnym stołku...Sąd...Znalazłem się w sądzie. Pamiętam, wywlekano najbardziej osobiste sprawy, potknięcia, błędy zawodowe,...Moja żona świadczyła wówczas przeciwko mnie . Nie będę ci, kochanie, wszystkiego opowiadać. Część tych spraw jest już przeszłością. Rozdział zamknięty. Lecz moje życie profesjonalne wciąż jest powikłane.. Nie, nie martw się o mnie. Zdaje mi się, że widzę już twoją smutną minę, ha ha! Jeśli wciąż  powtarzam, że nie mogę zdecydować się jeszcze na wspólne nasze życie, to dlatego, że prywatne moje sprawy są w wielkim bałaganie. Chcę byś była szczęśliwa, spokojna. Moje tymczasem problemy profesjonalne, moje dylematy wewnętrzne nie mogą w żaden sposób wpłynąć na twoje samopoczucie, twój komfort psychiczny, nasz...nasz dom... Czy tak? Wiem, że uśmiechasz się w tej chwili, zdaje się, że słyszę twoje – „chcę po prostu być z  tobą ... „  Wiem. Niedługo... Muszę wszystko przemyśleć, dopracować... Firma, dla której teraz pracuję, cóż, jestem coraz bardziej zadowolony, lecz to nie to, co dawniej...Wciąż jest to jednak rzecz, która mnie wciąga. Moje inżynierskie wykształcenie i inicjatorskie zapędy  nie idą tu na marne. Przynajmniej docenia się mój wysiłek. Powoli się zresztą usamodzielniam. Własne poletko...Wyjasnie ci kiedyś...ale za to wspominałem ci chyba już o współpracy, jaką  zawiązałem, zupełnie przypadkowo, latem 99 roku. to był bodajże lipiec...Konferencja w NYC...Byłem tam z przyjacielem. To komputerowiec, to on mnie wciągnął. Tam poznałem Hucka, Marię i przede wszystkim Harena. Opowiadałem ci o nich. Czemu tez mi to przyszło do głowy? Ooh, po prostu Huck zjeżdża tu do Lizbony niezadługo. Robimy wspólnie prezentacje nowego wynalazku Harena. Takie telekomunikacyjne cudo...ale jak nieoczekiwane skuteczne i przemyślne wykorzystanie internetu... Opowiem ci dokładniej...potem. Fire wall za pięć minut. Kończę. Całuje. Uważaj na siebie. 
C.

początek
ciąg dalszy historii I